Dzisiejszy temat postu sam wczoraj zapukał do moich drzwi. Trochę mnie zaskoczył, bo oderwał od pracy. Terminy gonią, wydawca czeka, więc zawzięcie wklepuję literki.

Kiedy siedziałam pogrążona w pracy, zadzwonił dzwonek do drzwi. Popędziłam na złamanie karku.

chlebOtwieram. Patrzę, ale widok mam raczej marny. Facet z reklamówką, więc wszystkie lampki zapalają się na czerwono i już się domyślam kto to i po co dzwoni do moich drzwi. Mamrocze coś pod nosem. Dopiero po kilkunastu sekundach wyłapuję pojedyncze słowa. Mówi, że jest chory, że nie może pracować, więc potrzebuje NA chleb.

A chleba przecież się nie odmawia.

– Nie dam panu pieniędzy, ale mogę dać chleb. Akurat mam świeży, prosto z piekarni – mówię, bo co jak co, ale chlebem można się podzielić. Mam też bezglutenowy, ale tego panu nie proponuję.

– Ku.wa!!! Jebane katoliki! – facet krzyczy. Widać, że nerwy mu puściły. Ze złości kopnął jeszcze barierkę przy schodach i szybko uciekł. Tak pomykał po schodach, że trudno było uwierzyć w jego chorobę. Ponadto wyglądało to tak, jakby wystraszył się, że dostanie chleb, więc wziął nogi za pas, zanim dokonałam dobrego uczynku.

I przyznam, zamurowało mnie. Potem dopiero rozśmieszyło.

Nie daję pieniędzy ludziom chodzącym po domach. Uważam, że to zły sposób na pomaganie, tym bardziej że większość to naciągacze (dziwnym trafem sami faceci), niestety, ulegam stereotypowi i stwierdzam, że zbierają na wino. Jeżeli by byli głodni, wzięliby chleb.