Miałam dziwny sen. Obudziłam się z myślą o maratonie i lekko mnie to przeraziło, bo ostatnie próby biegania zmieniły mnie w konia po westernie. Nie ma więc mowy, że podświadomie myślę o wystartowaniu w takim wyścigu. O, nie! Ale oczywiście myśl zakiełkowała. I zaczęłam główkować, że może jednak maraton nie  byłby zły. Już oczyma wyobraźni widziałam medale.

Postanowiłam więc, że spróbuję. Maraton to może być bardzo ciekawe doświadczenie. Bieg. Wiatr we włosach. Pot na czole. Miękkie nogi. Gula w gardle. Palpitacja serca. Trzy zawały… Wizja byłaby prawie piękna, gdyby nie skutki uboczne mojej kiepskiej kondycji. Ale jak ostatnio wpadłam na pomysł kręcenia kołem, to muszę przyznać, że człowiek się nie narobił, a cztery centymetry ma mniej w talii. Teraz więc należało dobrze pogłówkować, by maraton zrobić. Bo co? Ja nie dam rady? Ja? Pewnie, że dam.

Oświecenie przyszło szybciej, niż myślałam. Wpadła mi w rękę ulotka. A tam jak byk wielkimi literami: MARATON! Coś dla mnie! Po prostu idealnie się złożyło. W zasadzie powinnam wcześniej trenować, żeby nie zakończyć takiego wyczynu w dębowej skrzynce, ale co tam. Jak inni mogą, to ja też.

Zaopatrzyłam się odpowiednio w napoje. Umościłam sobie bardzo wygodną pozycję niczym kura na grzędzie. Chwyciłam w dłoń pilota. Ta część Więcej >