Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Czas na wyniki konkursu (oczywiście te same na obu blogach).

Pamiętam swoje pierwsze konkursy organizowane na blogu. Kiedy było kilkanaście zgłoszeń, skakałam do góry. Teraz łącznie na obu blogach było ich dobrze ponad sto. Spędziliśmy więc sporo czasu, by wybrać zwycięzców. I nie powiem, że cały czas zgadzaliśmy się ze sobą. Trwała burzliwa dyskusja, wreszcie poszliśmy na kompromis i każdy wybrał jedno optymistyczne zdanie. Na szczęście każde było inne, więc mogę spokojnie rozdzielić nagrody.

Cieszę się też, że wielu stałych czytelników odważyło się zabrać głos. Dziękuję i zachęcam do komentowania. Przepraszam, że nie odpowiedziałam na wszystkie komentarze, ale nie dałam rady. Od jakiegoś czasu ścigam się z różnymi terminami i niestety nie dałam rady odpowiedzieć ponad stu osobom. Biję się więc w pierś.

Dzięki Wam mam teraz bank optymistycznej myśli! Jesteście genialni. W powieści „To się da!” pojawił się taki moment, kiedy Joanna spotkała mamę Szpilki. Rozmawiają, siedząc na ławce przed hospicjum. To dla mnie jeden z ważniejszych fragmentów. Znajdziecie go niżej, pod ogłoszeniem wyników.

A teraz, uwaga, uwaga! Nagrody przyznajemy w następującej kolejności:

I miejsceMariola Pomykaj („Kiedy gąsienica myślała, że świat się skończył, stała się motylem”. – Cecelia Ahern)

II miejsceMartyna („Dom, w nim łóżko. I lodówka pełna. Stąd tak mnie ba­wi chmu­ra, choćby była ciemna”. – Jacek Dehnel)

III miejsceKrzysztof („Gorzej już było”)

Bardzo proszę o kontakt (anna.a72@wp.pl) i podanie adresów do wysyłki.

Wszystkim dziękuję za udział w zabawie.

A teraz zostawiam Was z fragmentem „To się da!”.

 

wszystkie nagrody

– Pani Asiu, dlaczego pani to robi? – spytała, patrząc mi prosto w oczy.

– Ale co? Palę z panią? – zdziwiłam się. – W sumie to głupie, ale wie pani, czasami nawet chyba niepalący ma ochotę sobie posiedzieć z fajką w dłoni.

– Nie o to pytam – przerwała mi. – O tę akcję dla mojej córki.

– A, o to – odparłam i zamyśliłam się na chwilę. – Szczerze?

– Szczerze.

– Ze strachu – powiedziałam. – Ze strachu, że jeśli niczego nie zrobię, to dam sobie przyzwolenie na to, by poddawać się wszystkim przeciwnościom losu. A przecież trzeba walczyć.

– Walczyć? A może właśnie czasami trzeba jednak się poddać i nie robić sobie złudnych nadziei?

– Kiedyś przeczytałam, jak kobieta mówiła o sobie, że musi być tak silna, by mieć moc rozwalenia trumny od środka. Rozumie pani? Nie ma sytuacji beznadziejnych, trzeba mieć tylko siłę i wolę walki. Czasami oczywiście się przegra, ale w przekonaniu, że zrobiło się wszystko, co było w naszej mocy. Nie zawsze da się rozbić tę trumnę, ale trzeba próbować.

– Myśli pani?

– Tak. I nie ma złudnej czy niezłudnej nadziei. Nadzieja zawsze jest tylko jedna. Daje lekki podmuch wiatru, a wtedy można stawiać żagle.

Sięgnęła po kolejnego papierosa. Włożyła go do ust, a ja oddałam jej zapalniczkę. Znów spoglądała przed siebie. […]

– Dziękuję. Idzie pani? – Wskazała głową w kierunku hospicjum.