I jak po długim weekendzie? Wszyscy żyją? Były kiełbaski z rusztu?

Nam udało się na jeden dzień wyskoczyć do Łodzi. Byłam tam pierwszy raz, ale bardzo chciałam pojechać. Interesowała mnie szczególnie jedna kamienica na Piotrkowskiej. Ta z rzeźbą Gutenberga i medalionami wybitnych drukarzy. Taki mój mały bzik. I przyznam, że zbieram materiał zdjęciowy, który wykorzystam przy następnej mojej powieści. Pamiętacie? Pisałam kiedyś, że bohaterka będzie drukarzem i będzie miała fioła na punkcie czarnej sztuki.

Muszę się przy okazji pochwalić moim osiągnięciem i osiągnięciem mojego kota. Ja zdobyłam tytuł „miszcza”, a Nutuś kretyna miesiąca. Biorąc pod uwagę, że maj się dopiero zaczął, mamy szansę go pobić.

Najpierw „miszcz”

Rozpoczęliśmy w poniedziałek sezon rowerowy. Zaczęliśmy od krótkiej wycieczki nad rozlewisko. Zaledwie dziesięć kilometrów. Byliśmy tam już nieraz, to bardzo urokliwe miejsce i zawsze trzeba w powrotnej drodze podjechać pod górkę. Może niezbyt wysoką, ale długą. I mnie w tamtym roku (a przejechaliśmy w sumie ponad 500 km), nie udało się ani razu pod nią wjechać. Zawsze wymiękałam w połowie, zsiadałam z roweru i upokorzona prowadziłam rower. A tym razem?! W połowie kapnęłam się, że jeszcze jadę! I nawet płuc nie zdążyłam wypluć, zadyszki dostać ani palpitacji serca! Wjechałam na luziku! Z palcem… na kierownicy! Ha! Nawet Mężuś zauważył i pochwalił, więc to wielki kurzy wyczyn. Zostałam więc „miszczem”, bo do mistrza to jeszcze ho-ho.

I wiecie, dlaczego mi się udało? Mam w domu orbitrek i kilka razy w tygodniu na nim ćwiczę. Niedługo, ot tak kilka kilometrów przechodzę. I zadziałało! Mięśnie się wzmocniły!

Czapki z głów, nie?

Kretyn miesiąca

Nutuś natomiast zasłużył na mniej zaszczytny tytuł.

Siadam sobie wczoraj na fotelu w dużym pokoju i czuję, że coś waniaje. Ale tak po kociemu. Wącham przykrycie. Zaglądam pod kanapę. Wreszcie idę za źródłem smrodku i dochodzę do skórzanego nosidła na drewno kominkowe. Patrzę i oczom nie wierzę. W pierwszej chwili chcę paluchem dotknąć, bo wygląda jak małe drewienko. Na szczęście jakiś sygnał ostrzegawczy w mózgu się włącza, a nos wrzeszczy: „Ani się waż!” Nutuś narobił! A przecież to nie w jego stylu! Mówię o tym mężowi.

– No, kretyn roku – stwierdza.

– Może nie roku – dodaję. – Może tylko miesiąca, bo jest duża szansa, że ktoś go pobije.

– Fakt.

I dawaj do ogrodu. Myjka i szorowanie. A Nutuś siedział na tarasie i uważnie obserwował, nie rozumiejąc o co to całe zamieszanie.

A jaka była reakcja Jaja na wyczyn naszego domowego geniusza?

– Szkoda, że go nie widziałam. Musiał śmiesznie wyglądać, siedząc w tym nosidle. Pewnie główka mu tylko wystawała, słodziakowi naszemu.

Piękny mi słodziak! Smrodek chyba!

A jak Wasze „majówki”? Udało się Wam zdobyć jakieś zaszczytne tytuły?

geniusz