Piszę ten post w afekcie.  Dla pewności sprawdzam, definicję afektu. Zgadza się. Przeżywam ekspresję emocji. Skończyłam właśnie trzecią część trylogii kociewskiej. Ha! Jest radość, jest moc. Oczywiście takie potężne emocje zawsze są po postawieniu ostatniej kropki, ale dalszy ciąg będzie następujący: w euforii zacznę czytać to, co napisałam i wtedy zaczną się schody, czyli płacz i zgrzytanie zębami, że takie głupoty mi wyszły. A w związku z tym zacznie się wyrzucanie i pisanie od nowa, żeby na końcu stwierdzić, że jest dobrze, prawie genialnie, ale po chwili to prawie zacznie tak cholernie uwierać, jakby człowiek miał piasek w oku i znów zaczną się poprawki. Ja tak mam i nic nie poradzę, ale póki co się cieszę. Napisane jest, teraz będzie można spokojnie w tym rzeźbić, bo książkę mam oddać do końca września, więc robię chwilę oddechu, a potem trzeba zakasać rękawy i do roboty.

W związku z moim afektem mam propozycję nie do odrzucenia. Jak łatwo się domyślić, mam kłopot z tytułem. Miałam takie pomysły: „Cafe Klicz” i „Dom ze szczyptą cynamonu”. Pierwszy tytuł był bardzo roboczy, bo klicz po kociewsku to zakalec, a nie chciałabym, żeby od razu okrzyknięto moje dzieło zakalcem, więc sami rozumiecie. Drugi tytuł – na pierwszy Więcej >