Lubicie spotkania z pisarzami? Bo ja uwielbiam. Uwielbiam je z każdej strony i w każdej roli. A w sierpniu od kilku lat odbywa się Literacki Sopot. To obowiązkowy punkt mojego letniego planu. W tym roku impreza odbyła się pod hasłem literatury izraelskiej, ale oczywiście można było posłuchać również polskich autorów. Jak zawsze było rewelacyjnie! Podczas pewnego spotkania padło jedno zdanie, które otworzyło mi jakieś drzwiczki w rozczochranej. Błysnęło niespodziewanie. Mam pomysł na powieść, jednak ciągle nie wiem, jaka będzie główna bohaterka, jaka konstrukcja powieści, bo książkę mam zamiar pisać dopiero w przyszłym roku, a teraz spokojnie „zachodzę sobie w ciążę”. I kiedy padło to jedno magiczne zdanie, otworzyło mi jakąś klapkę i wylazł z niej zarys postaci. Fundament. I być może doszło do zapłodnienia. Jest więc moc, choć dupsko boli, bo kilka godzin dziennie siedzieliśmy na twardych krzesełkach. Ale czego człowiek nie zrobi, żeby mu w rozczochranej błysnęło.

W tym roku w Sopocie byliśmy tylko w piątek i w niedzielę. W sobotę mój mąż zaplanował coś dla ciała (oby za mało go nigdy nie było) i zawiózł mnie na Festiwal Smaku do Gruczna. Niby malutka miejscowość na krańcu Kociewia, a ludu tam było, jakby za darmo wszystko dawano. I przyznam, że to była wyśmienita uczta dla ciała. Posmakowaliśmy różności. Już pod koniec podjęłam męską decyzję, że nie, że jak będą mnie czymś częstować, to oprę się, nic już nie wezmę do gęby, bo jak gęba tylko czegoś posmakowała, to ręka sięgała po portfel i kupowała. Zaparłam się więc i idę z zaciętą miną. Koniec żarcia! KONIEC! I udało mi się siłą woli zapanować nad pokusami. Już przed nami rysowały się tylko ze cztery stragany, a za nimi już wolność od zapachów i smaków. A tu nagle widzę, że napisane na słoiczku „szczecińskie”. No! Od razu moja szczecińska dusza zakwiczała! I nie był to paprykarz. O, nie! Konfitury różane! Czujecie ten zapach? Ech! Westchnęłam. Zapytałam, ile taki słoiczek tych pyszności kosztuje, choć wiedziałam, że mało nie będzie, jak to takie najprawdziwsze różane.

– Proszę spróbować – zachęca pan.

– Nie, dziękuję – kryguję się, a język do du… już ucieka, chociaż w tej du… już pełniutko dzisiaj.

– Proszę – pan jest twardziel i zachęca dalej.

I w tym momencie runęły kruche mury mojej silnej woli. Biorę od pana plastikową łyżeczkę z konfiturą na zimno ucieraną. Biorę do gęby… i jakbym nagle wstąpiła do różanego raju.

– Pycha – szepczę do Mężusia i zaraz mam wyrzut sumienia, że jemu trochę do popróbowania nie zostawiłam. – Kupię, co?

Oczywiście nie czekam na odpowiedź. Ręka już sięga po portfel. A mordka się szczerzy w uśmiechu!

I tak właśnie resztki mojej silnej woli poległy na placu boju w Grucznie. Przyznajcie jednak, że też byście się nie oparli, nie?