Ostatnio trenuję pewną sztukę, której nie powstydzę się nazwać głupią. Ale wiecie, jak to jest, czasami człowiek musi pewne rzeczy odreagować, tym bardziej jak cały dzień siedzi i skrobie.

Dwa albo czasami trzy razy w tygodniu jeżdżę rowerem na targowisko. I kiedy wracam (w trakcie jazdy już) wyciągam z kieszeni pilocik (bo takie maleństwo) od garażu, pstrykam, łapiąc zasięg i próbuję bez zatrzymywania, robienia dodatkowych kółek itp. wjechać rowerem do garażu. Myślę, że uprzedzę Wasze pytanie i od razu zaznaczę, że nie wiem, dlaczego to robię. Taka fantazja ułańska się we mnie odzywa. Dziadek był ułanem, więc może tak mi w genach się dostało, by gnać z powiewem we włosach nawet wprost do zaparkowania. Pech chce, że brama otwiera się baaaardzo powoli. Ha! W dodatku ma już odcisk mojej facjaty!

Pewnego dnia myślałam, że wreszcie się uda! Że tempo dopasowane, że bramę udało się stosunkowo wcześniej otworzyć i jadę pomalutku, jak żółw ociężale (czy jakoś tak). Brama się podnosi. Wymierzam. Na oko wystarczy się lekko tylko schylić. Jadę śmielej. I… oczywiście koło przednie wjeżdża. Kierownica również. Tylko rozczochrana odbija się lekko od bramy. A to głupi łeb! Nie zmieścił się!

Ale nie ma bata! Kiedyś wjadę. A lekkie wstrząsy łepetyny zakutej w kask Więcej >