Ale mi zrobiliście przyjemność komentarzami zamieszczonymi pod ostatnim postem! Dziękuję! Wzruszeń było sporo. Oczywiście jak zawsze w takiej sytuacji miałam problem, komu przydzielić książkę. Po długich analizach postanowiłam wyróżnić Korka115. Nie mogłam się oprzeć. Dokładna data, przypomnienie mojego komentarza, wiersz o mojej książce… Proszę więc o adres na priv i książkę od razu wysyłam.

Dopowiem też, że następny konkurs już niedługo, bo w październiku z okazji premiery „Niedomówień”. Niedługo też napiszę Wam o moim kolejnym marzeniu. Jestem w trakcie jego realizacji. W związku z nim oczywiście czuję się jak króliczek na baterie, tyle we mnie nowych emocji. Ale to już niedługo. Na razie więc cicho sza!

***

Dzisiaj natomiast chciałam napisać o czymś, co mnie ostatnio zastanowiło. Problem oczywiście typowo kurzy, więc z pewnością nie ruszy bryły z posad świata.

Z tego względu, że niedawno było cynamonowo, a dodatkowo zbliża się jesień i jest sezon na śliwki, postanowiłam zrobić na obiad knedle. Bo musicie wiedzieć, że ja kocham knedle, ale ostatnio jadłam je chyba z dziesięć lat temu albo i dawniej. A to wszystko przez to, że knedle idą w boczki, ponadto są bardzo glutenowe, a po ich zjedzeniu człowiek sam czuje się jak klucha w rozmiarze XXXXL.

Jakoś tak nagle poczułam wewnętrzną potrzebę połączoną z wewnętrznym ssaniem na śliwki, że nagotowałam ziemniaków, potem zagniotłam je z mąką i jajkiem, nadziałam śliwkami i voila! Mężuś wrócił z pracy, więc ja mu te knedle własną rączką ulepione na talerz wkładam, polewam bułką tartą podsmażoną na masełku… I wtedy widzę jego minę.

– Co? – pytam, bo minę ma taką, jakbym mu na talerz nałożyła granatów i zastanawiał się, jak ma je sobie wepchnąć do paszczy, by mu nie zrobiły po drodze do wyjścia rozpierduchy jak ta lala.

– Bułka tarta na słodko? – dziwi się, a ja się też dziwię jego zdziwieniu. Toż to normalna rzecz, nie? Leniwe i knedle zawsze z bułką na masełku, a na to cukier, jak to drzewiej bywało. A Babcia potwierdza, że cukier trzeba jeść, „bo zdrowy!”.

– A z czym się je knedle na Kociewiu? – pytam, bo może różnice regionalne są w tym zakresie na tyle znaczące, że Mężuś nie przełknie.

– Ze śmietaną.

– Knedle ze śmietaną?

Jednak mąż podejmuje się wyzwania i zjada knedle z bułką. Oczywiście nie omieszkał się przy tym odpowiednio krzywić. I muszę przyznać, że pobudził mnie do działania. Mam w domu dwie książki z przepisami kuchni kociewskiej. Odnalazłam je natychmiast, by uzupełnić wiedzę na temat knedli podawanych w tym regionie. Czytam. Ha! Wszystko dokładnie tak, jak ja zrobiłam na oko (swoje kurze). I co na końcu?! Oczywiście bułka na masełku! Tryumf! Pokazuję Mężusiowi, jak się na Kociewiu knedle jada. Marszczy się i nie dowierza oczywiście.

– Okazuje się, że jestem bardziej kociewska niż ty – stwierdzam z tryumfem.

– Jo – odpowiada i rechocze.

Ha! To się nazywa mistrzostwo świata!

A u Was jak się jada knedle? Czy ktoś w ogóle jada je ze śmietaną?