Ostatnio jakoś niewiele wychodzę z domu. Pracy dużo, odciski na dupsku już powoli się robią, skóra twardnieje, zwoje mózgowe skręcają się coraz bardziej. Ale wczoraj był mus. A mus to mus. Trzeba było udać się do laboratorium, by popuszczono mi trochę krwi. Poszłam więc jak na skazanie, bo nie lubię bardzo, jak ktoś przy moich żyłach grzebie. Przy okazji oczywiście robię zakupy, by obiadek kochanemu mężowi sprawić jak należy.

Z siatą idę na przystanek autobusowy i stoję sobie pełna szczęścia, że wracam do domu. I widzę z daleka, jak jedzie mój autobus. Radość jest! Inni czekający spoglądają z rozczarowaniem, że nie ich numer, a ja wypinam bujną pierś, że proszę bardzo, zaraz pojadę, drzwi się otworzą, wejdę niczym królowa, posadzę swą szanowną na krzesełku, spojrzę w okno i pojadę w siną dal…

– Gumę pani złapała – zwraca się do mnie jakiś facet, kiedy robię krok na schodek uradowana jak prosię w deszcz, bo przecież czekać już nie muszę, tylko powiozę swoje cztery litery prosto do domku.

– Ha, ha – uśmiecham się z politowaniem na nędzny żart. I rzutem oka lustruję pana, bo też czekał na ten podryw aż do ostatniej chwili! Ech, żadnego doświadczenia w tym temacie! Zadowolona, że mi się branie trafiło, wsiadam. Moje kobiece ego podładowane jak nic. Dowcip może mało wyszukany, ale co tam, jaka rybka, takie branie. Spoglądam sobie w okno, gdy jadę przed siebie. Trzęsie, podrzuca, na zakrętach lekko wygina ciało, ale ważne, że przed siebie.

Wysiadam, idę do domu. Tu w przedpokoju ściągam buty… i…?! Ożeż! Farfocel mi wisi przy podeszwie. Obrzydliwy taki! Tykam lekko, bo nie wiem, czy to żyło kiedyś, czy jeszcze dycha. Guma do żucia! A jakoś tak czułam, że mam lepszą przyczepność do podłoża, tylko nie spojrzałam. I nagle słyszę we łbie: „Gumę pani złapała”. Parskam śmiechem. Złapałam jak nic. Dosłownie! Chichram się jak głupek. Piękny dzień! Piękny! Szczęśliwy!

Złapaliście kiedyś gumę?

 

***

PS  I przy okazji zapraszam na spotkanie autorskie do Klęczkowa koło Grudziądza.

klubliteracki