Donoszę dziś z naszego frontu…

W piwnicy mam niezłe błotko, więc chyba zakładam SPA. W ofercie kąpiele błotne, gdyby kto reflektował.

I chyba mam intuicję, bo natchnęło mnie kilka dni temu, żeby już bigos zrobić i zamrozić, bo kapustę mieliśmy ukiszoną własnoręcznie, a ubywało jej w jakimś zastraszającym tempie. W tym roku na próbę ukisiliśmy w małej beczułce. Dobrze, że mnie tak podkusiło, by ten bigosik machnąć, bo w wodzie beczka dryfowała po piwnicy i nie wiadomo w sumie, czy się do środka wody nalało czy nie, ale ryzykować nie ma co. Dryfowały jeszcze bombki. Lekkie, więc woda uniosła. Na dokładkę babci pantalony powieszone w pralni też zażyły kąpieli. Nie wiemy jeszcze, czy pralka działa, bo się suszy. Jajo po powrocie do domu pewnie na zawał zejdzie, bo jej wzmacniacz do gitary utonął całkowicie. Teraz może go zamienić na akwarium dla rybek. (Jajo kochane, jeżeli to czytasz, to pooddychaj głęboko, policz do dziesięciu i pamiętaj, że rybki są piękne, przypomnij sobie chociażby swoją rybkę Alicję).

Ale na naszym froncie to nie wszystko. Nutuś przecież skończył zastrzyki. Na szczęście już nie smarcze. Teraz bierze tabletki, choć słowo „bierze” jest tu mocno na wyrost.

Poczytałam w necie, jak kotu podawać tabletki. I w sumie stwierdziłam, że to całkiem niezły sport, bo przy każdej nieudanej próbie trzeba kota ściągać z żyrandola i jeszcze odszukać pastylkę, którą sierściuch wypluł. Podeszłam więc do sprawy strategicznie. O wskakiwanie na żyrandol Nutusia nie podejrzewałam, nie ten temperament, nie te lata i nie ta waga. Najpierw poszłam w mięsko, którym owijałam tabletkę. Po dwóch dniach kotu się znudziło i zaczął owym mięskiem grać jak piłką, więc tabletka zaginęła w akcji. Potem pokruszoną dodałam do mokrej karmy. Podzióbał (choć dałam zaledwie łyżkę jedzonka, żeby nie było za dużo) i zostawił, więc kompletnie nie wiedziałam, ile tabletki zeżarł. Dzisiaj za radą internetów chwyciłam kota, pominęłam owinięcie go w ręcznik, otworzyłam paszczę, wrzuciłam tabletkę i potarłam nos. Wydawało mi się, że przełknął. Jednak po chwili wycharczał tabletkę na podłogę. „Bawiliśmy się” tak z Nutusiem kilka minut. Wreszcie połknął, ale ile tej tabletki było jeszcze w tabletce, czort jeden wie.

I dziwne, bo jak wyciągnęłam do niego potem rękę, to na mnie prychnął i zwiał. Na mnie? Nutuś? Chyba mi tego nie wybaczy. Tylko nie wie, że tabletek ma w sumie dziewięć, więc to nie koniec. (I tu mój śmiech rodem z piekielnych czeluści).

Ale jest też dobra wiadomość dla Nutusia. Został testerem (nie mylić z misterem) w kocim świecie. Paczka do niego idzie podobno z niespodzianką ze sklepu zoologicznego, który zaproponował Nutusiowi współpracę. Znają się na rzeczy. Lepszego recenzenta ze świecą szukać. Nagroda za wszelkie upokorzenia kotu się należy!