Jestem w przedświątecznym amoku. Latam jak kot z pęcherzem. Dosłownie. Domyślam się, że nie tylko ja.

Wreszcie pobiegłam po prezenty. Wiadoma sprawa, że zawsze w magiczny sposób zjawiają się pod choinką, ale trzeba tę magię wspomóc. Tradycyjnie mam największą zagwozdkę z mężem. W ogóle z chłopami. Bo co im kupić?

Ostatnio w jednym ze sklepów zgadałam się z ekspedientką.

– Pani, oni to tylko narzędzia albo części do samochodu! – powiedziała, podzielając moje rozterki prezentowe.

W tamtym roku mąż pod choinką znalazł młotek. Zawsze na pytanie, co byś chciał od Mikołaja mówił, że młotek, więc dostał czekoladowy. Od tamtej pory nie wspomina o młotku, więc mogę przyjąć, że w tej kwestii jest usatysfakcjonowany. Teraz nie mówi nic (na wszelki wypadek nie wymienia innych narzędzi). To znaczy wspomniał, żeby mu dać pięć stówek, to on sobie sam coś kupi. Pięć stówek?! A czy on nie wie, że żona „artystka” i taką sumą nie dysponuje? Jak ja bym miała wolne pięć stówek… ech. No, ale nie mam, więc nie dostanie.

Już prawie dla całej rodziny mam drobiażdżki, zostali jeszcze tylko faceci, z Nutusiem włącznie. Dzisiaj mam zamiar to zakończyć i zabrać się za opracowanie jakiegoś menu. U nas w tym roku na święta będzie pełna chata. Synowie Sławka, Jajo z amerykańskim chłopakiem, teściowie, rodzice, dwa koty i oczywiście babcia. Choinka już kupiona stoi na dworze i czeka na Jajo. A bombki czekają, aż je ktoś umyje z błotka, bo przecież dryfowały w wodzie w piwnicy.

A jak u Was? Też gonitwa za wczorajszym dniem?

*

*

PS  Aha! Gdyby ktoś był zainteresowany, to dzisiaj o 22.00 (po Serwisie) będzie mnie można posłuchać w Radiu Gdańsk. Oczywiście on-line również. :)