I jak po świętach? Wszyscy żyją? Toczycie się czy jeszcze śmigacie jak frygi? U nas w miarę spokojnie. Żyjemy.

Jedzenia było sporo, wiadomo, jak to w święta. Ale przecież mieliśmy wielu gości. Najbardziej jednak zaskoczyła nas seniorka. Najmniejsza z całej rodziny. Wydawać by się mogło, że taka krucha… A okazało się, że gdybyśmy zrobili zawody, kto najwięcej zje, Babcia wygrałaby w przedbiegach. Z niedowierzaniem spoglądaliśmy na jej talerz. Jak nic rodzina pomyśli, że poza świętami to u nas w lodówce hula wiatr albo leżakuje niedźwiedź polarny.

Babcia nie może jeść śledzi. Nie może jeść zbyt słonych potraw. Ale kto jej zabroni w święto? Aż klaskała na widok śledzika.

– Gadajcie sobie, gadajcie – mówiła przy stole, machając na nas ręką, żebyśmy nie spoglądali w jej stronę. Tylko jakoś tak dziwnie, bo po paru minutach śledzik zniknął. Jedyny ślad, to cebulka na talerzu naszej seniorki (po chwili zniknęła również cebulka).

Potem bigos. I sałatka! Sałatce to Babcia na pewno nie odpuści.

– To ja zjadłam sama całą miskę sałatki? – zdziwiła się wczoraj. – Całą pożarłam, muszę to przyznać – dodała po chwili. – Ale warto było. Wyszła pyszna.

No, na pewno. W drugi dzień świąt wieczorem Babcia zwijała się z bólu. Żołądek nie dał rady. Jednak Babcia niestrudzenie powtarzała, że nic jej nie jest, że to chyba kawka jej troszkę zaszkodziła. No bo przecież nie sałatka, śledzie, bigos, ryba po grecku, paszteciki, serniczek i makowiec, nie?

Na pewno nie. Skulona, z grymasem bólu na twarzy jęknęła do mnie:

– Przynieś mi jeszcze tego serniczka i makownika.

– Ale przecież źle się czujesz – mówię.

– To nic – odparła. – Dam radę.

Dzielna ta nasza Babcia, przyznajcie. Ze strachu, że nam coś zaszkodzi, zadbała o uszczuplenie naszych zapasów.