Po raz kolejny rozpoczęła się dyskusja na temat medycznej marihuany. Przyznam szczerze, że kiedyś byłam przeciwna jakiejkolwiek próbie legalizacji, bo zaraz miałam wizję kombinujących Polaków, napalonych małolatów itp. Kiedyś nawet dyskutowałam na ten temat ze swoimi uczniami. Wiadomo, że jak człowiek czegoś nie zna, to się tego boi, tym bardziej że pewne rzeczy są demonizowane. źródło pixabayPotem jednak zaczęło do mnie docierać, że jeżeli faktycznie pomaga, to czemu nie. Podobno odpowiednio podawana osobom chorym na padaczkę łagodzi liczbę i intensywność napadów. To chyba przekonuje. A jeżeli łagodzi ból w przypadku raka, to też jestem za, nawet jeżeli to jest nie do końca potwierdzone. W sumie podaje się chorym morfinę, to czemu nie marihuanę.

Z tego wychodzi, że jestem za (mówią, że podobno tylko krowa nie zmienia poglądów, więc ja jako kura jak najbardziej mogę), ale oczywiście niech to się odbywa mądrze.

Ciekawa jestem Waszego zdania.

Istnieją oczywiście tacy, którzy mają wizję całych tabunów naćpanych chorych. Ale tak sobie myślę, że nawet jeżeli pojawiłoby się uzależnienie, to chyba byłby to najmniejszy problem w przypadku na przykład raka mózgu. Mogę się oczywiście mylić.

Zresztą niewiele wiem o używkach, bo w swoim życiu eksperymentowałam z nielicznymi, ograniczającymi się do kawy (codziennie dwie filiżanki), alkoholu (bardzo sporadycznie), papierosów (bardzo epizodycznie) i słodyczy (brak limitów). Oczywiście z tego wszystkiego najbardziej mnie rajcują te ostatnie – z tego jakoś nie umiem zrezygnować. I kiedy je widzę, to oczywiście ślinotok. I jak obślinione zombie wyciągam dłonie… i pochłaniam, a dupka sobie rośnie, nie zważając na to, że garderoba ma raczej ograniczone możliwości naciągowe.