No dobra. Tytuł miał przyciągnąć uwagę. Jestem, żyję, przepraszam, że nie odbieram telefonów, ale potrzebowałam poukładać pewne rzeczy w głowie, a wtedy nie da się rozmawiać. Z dołka powoli się wyczołguję, ale powoli, nie ma co się spieszyć. Pewnie potrzebuję jeszcze kilka dni, potem do każdego oddzwonię. Przepraszam.

A dzisiaj musiałam napisać, bo jest ważna sprawa. I przyznam, że takie działania od razu człowieka stawiają do pionu. Stowarzyszenie Rodziców Dzieci Chorych na Białaczkę w Szczecinie (KLIK) szuka kasy na remont oddziału onkologicznego dla dzieci. Czym jest ten oddział, nie muszę tłumaczyć.

Przy logo Stowarzyszenia jest taki rysunek:

rysunek stowarzyszenia

Zrobiła go pewna dziewczynka, która był pacjentką oddziału. Niestety już jej nie ma. Nie udało się jej pomóc, ale jest sporo innych dzieciaków, którym wciąż można, a bez odpowiednich warunków i kasy, sami wiecie, można sobie pogwizdać.

Ja wiem, że wszyscy wokół proszą o jakąś pomoc. Wiem. Wiem też, że często omijamy takie prośby, bo ileż można ich słuchać, nie? Może lepiej wierzyć, że na świecie nie ma cierpienia, a wszystko wokół utonęło w różowych kolorach? Może, ale ta różowa zasłonka od czasu do czasu opada.

Stowarzyszenie od wczoraj organizuje aukcje charytatywne (KLIK). Można tam wylicytować moje książki w wersji papierowej i jeden audiobook („Szepty dzieciństwa”). Wiem, że jest styczeń, że to trudny czas, że nie ma kasy, że po świętach zaciska się pasa. Ja to wszystko wiem, ale też wiem, jak to jest stracić dziecko. Dlatego póki wystarczy mi sił, będę Was namawiać do pomocy. Jeżeli nie możecie dorzucić złotówki, to może macie coś, co można wystawić na aukcji? To też by było coś!