Czy ja już pisałam kiedyś o tym, jak mój mąż mnie bardzo kocha? Jeżeli nie, to piszę to teraz. W dodatku wszystkim się ze mną dzieli, niczego nie żałuje. Solidarnie więc oddał mi wirusa, którego złapał w pracy. Trzy dni nie wychodziłam z łóżka. Można by pomyśleć, że trenowałam przed walentynkami, ale niestety było nieromantycznie. Nie wspomnę o kinolu wielkości arbuza, gilach do pasa, gruźliczym kaszlu i jeszcze innych okropnościach. Ale wracam do życia. Tak przynajmniej mi się wydaje, że idzie ku lepszemu. Sławek stwierdził, że przecież mamy wspólnotę małżeńską, więc nie mógł wykorzystać wirusa tylko do własnych potrzeb.

Podczas leżenia niewiele niestety dało się zrobić. Nie miałam siły otwierać oczu, a co dopiero uruchomić szare komórki. Od czasu do czasu leniwie zaglądałam do internetu. I jeden artykuł mnie zdecydowanie ożywił. Znalazłam informację o warsztatach dla kobiet: „Jak być posłuszną i uległą żoną?” (koszt 109 zł, a jeszcze niedawno był rabat!). Przyznam, że najpierw sprawdziłam, czy to nie jest ogłoszenie z końca dziewiętnastego wieku, ale nie! Aktualne! Z ciekawości przeczytałam program. Same wartościowe treści: posłuszeństwo a poddaństwo, „szacunek względem mężczyzny – uznanie jego pozycji w rodzinie”, „chronienie delikatności męskiego serca” itp. Pięknie nie? Toż przecież już dawno napisano, że kobiety mają Więcej >