Zadzwonił do mnie wczoraj tata. Był lekko zdenerwowany. Nad ranem obudził go hałas. Zdziwił się w pierwszej chwili, kto o tej porze kosi trawę. Dopiero potem dotarło do niego, że na trawę jeszcze za wcześnie. Wyjrzał przez okno. A tam panowie z piłami tną drzewa! Za chwilę na pustym polu będzie można wywiesić transparent, że pan Szyszko tu był.

Mój tata nie należy do żadnego ugrupowania ekoterrorystów. Jest zwyczajnym emerytem uprawiającym ogródek przed domem. W sumie może nie powinnam pisać, że zwyczajnym. Bo jak dzika kotka podrzuciła trzy maluchy na działkę moich rodziców, to nie byli obojętni, a pobudowali domki dla kotów, by nie zmarzły zimą, dokarmiali je i wyłapali, by zawieźć do weterynarza i wysterylizować. Chyba więc taki zwyczajny ten mój tata nie jest (mama też). Ale od razu serce go ścisnęło. Piękne drzewa runęły.

– A ty powiedz mi – zwrócił się do mnie. – Co będzie z tymi ptakami? Przecież one tam gniazda miały. I co teraz? Będą bezdomne!

– Pewnie tych, którzy wycinają, nie interesuje ani los drzew, ani ptaków – mówię.

– Napisz o tym na blogu! – mówi do mnie, wierząc, że mam siłę sprawczą. Oczywiście ja tej siły nie mam, ale sama nie mogę uwierzyć w to, Więcej >