Zadzwonił do mnie wczoraj tata. Był lekko zdenerwowany. Nad ranem obudził go hałas. Zdziwił się w pierwszej chwili, kto o tej porze kosi trawę. Dopiero potem dotarło do niego, że na trawę jeszcze za wcześnie. Wyjrzał przez okno. A tam panowie z piłami tną drzewa! Za chwilę na pustym polu będzie można wywiesić transparent, że pan Szyszko tu był.

Mój tata nie należy do żadnego ugrupowania ekoterrorystów. Jest zwyczajnym emerytem uprawiającym ogródek przed domem. W sumie może nie powinnam pisać, że zwyczajnym. Bo jak dzika kotka podrzuciła trzy maluchy na działkę moich rodziców, to nie byli obojętni, a pobudowali domki dla kotów, by nie zmarzły zimą, dokarmiali je i wyłapali, by zawieźć do weterynarza i wysterylizować. Chyba więc taki zwyczajny ten mój tata nie jest (mama też). Ale od razu serce go ścisnęło. Piękne drzewa runęły.

– A ty powiedz mi – zwrócił się do mnie. – Co będzie z tymi ptakami? Przecież one tam gniazda miały. I co teraz? Będą bezdomne!

– Pewnie tych, którzy wycinają, nie interesuje ani los drzew, ani ptaków – mówię.

– Napisz o tym na blogu! – mówi do mnie, wierząc, że mam siłę sprawczą. Oczywiście ja tej siły nie mam, ale sama nie mogę uwierzyć w to, co dzieje się z drzewami, więc piszę.

Potem idę na pocztę niedaleko mojego domu. Zawsze przechodzę koło ogrodzonej działki, na której rosły piękne brzózki. Aż mnie poraziło. Wszystkie drzewa leżały! Najpierw nie mogłam uwierzyć. Gdybym miała na nosie okulary, to przecierałabym je aż do skutku (czyli do momentu zmartwychwstania drzew), ale że ja jeszcze daję radę bez wspomagaczy, to nie było czego przecierać. Drzewa nie chciały powstać. Coś mnie ścisnęło w żołądku. Takie piękne brzozy!

Mam wrażenie, że ludzie poszaleli, tną na potęgę. Korzystają z durnego prawa i lecą z piłami. Podobno sprzedaż pił wzrosła, bo każdy teraz musi taką mieć i wyciąć co trzeba, zanim prawo znów się zmieni.

I nie myślcie, że jestem ekoterrorystką. Kiedy kupiliśmy nasz dom, tuż przy wejściu rosło (m.in.) wielkie drzewo, które zagrażało dachowi. Dostaliśmy pozwolenie na wycięcie, w zamian mieliśmy posadzić dwa inne. Tak zrobiliśmy. Rozumiem więc sytuacje, kiedy drzewo naprawdę trzeba usunąć, bo jest zagrożeniem dla domu. Ale wycinanie jak leci, to już nie mieści się w moim wyobrażeniu.

Kiedyś pamiętam, jak mnie nawigacja poprowadziła do lasu, a ja zestrachana bałam się wysiąść, bo miałam wizję złych drwali lecących do mnie z siekierami. Okazuje się, że moja wizja była prorocza. Teraz „drwale” rąbią, gdzie popadnie. Jakby nagle co niektórzy odkryli w sobie chęć wycinania. A potem pewnie zasieją trawkę albo powciskają w ziemię tuje i będzie pięknie.

Ech… Tylko drzew i ptaków żal.