Dzisiejszy post zatwierdza się z automatu, bez mojego udziału. W tej chwili, gdy to czytacie, ja pewnie albo jestem gdzieś w drodze, albo prowadzę już warsztaty dla dzieciaków. A pomaga mi w tym ekipa, którą z wielkim trudem tworzyłam przez ostatnie kilka dni. I przyznam, że gdybym miała szyć zawodowo, trzeba by było raz w tygodniu podać mi coś przeciwko wściekliźnie.

A teraz uwaga prezentacja:

ekipa

Przedstawiam Wam żółtego i różowego leniusiołka. Żółty ma na imię Leni (różowy jest bezimienny). Są to bardzo niebezpieczne stwory, bo kiedy zagnieżdżą się w domu (a lubią kocyki, kołderki i inne miękkie rzeczy), to wtedy możecie mieć pewność, że lenistwo i niechciejstwo nie opuszczą Was nigdy. Chyba że… Załatwicie sobie antidotum w postaci pracusiołka. Ten na zdjęciu to Prac. Powinien mieć jeszcze kapelusz i buty, ale chyba mnie to przerosło (i zabrakło mi czasu). Do domu dostaje się przez komin i dzielnie walczy z leniusiołkami (ma swoje sposoby).

Nie ma to jak stworzyć własną zaufaną ekipę. Mam nadzieję, że dzisiaj się sprawdzą podczas pracy. No… Na leniusiołki za bardzo nie ma co liczyć… Ale chyba dadzą radę leżeć i wystawiać brzuszki do przytulania. Prac załatwi resztę.

Trzymajcie za nie kciuki, bo to ich debiut.