W moim domu znów stabilizacja. Jajo a’la bociek odjechało na południe, tym razem tylko Polski. Można rzec, że wybrało cieplejszą krainę niż Pomorze. Zjadło ruskie, zjadło gołąbki, doprawiło torcikiem i fruuu.

A my zostaliśmy z Babcią, która postanowiła zadbać o naszą rozrywkę.

Ja nie wiem dlaczego, ale Babcia dokładnie sprawdza nasze kosze na śmieci. Codziennie! Stały rytuał. Chyba się obawia, że wyrzucimy coś cennego. Bo jak zniszczony rondelek trafił do kosza, to jakimś cudem na drugi dzień już był w szafce. Jak wyrzuciłam starą, mocno przetartą torebkę, której kieszenie wcześniej przeszukałam i zostawiłam w niej przeterminowaną gumę do żucia (w opakowaniu oczywiście), to jeszcze tego samego dnia te same gumy leżały na stole. Magia po prostu. Ale jedno zdarzenie rozłożyło mnie na łopatki całkowicie. Siedziałam z otwartą gębą i łapałam powietrze niczym karp w wannie.

Pewnego dnia sprzątałam w szafce, gdzie mam różne rzeczy potrzebne do pieczenia ciast. Znalazłam tam między innymi paczkę orzechów włoskich, którym termin ważności skończył się niemalże w ubiegłym wieku. Od razu je wyrzuciłam, bo wiadomo, zjełczałe na bank.

Na drugi dzień siedzę przy stole i jem śniadanie. Nagle Babcia mówi:

– Wiesz, znalazłam w śmietniku orzechy – mówi do mnie. – Cała paczuszka, nienapoczęta nawet.

– Wiem, wyrzuciłam je, bo były Więcej >