W moim domu znów stabilizacja. Jajo a’la bociek odjechało na południe, tym razem tylko Polski. Można rzec, że wybrało cieplejszą krainę niż Pomorze. Zjadło ruskie, zjadło gołąbki, doprawiło torcikiem i fruuu.

A my zostaliśmy z Babcią, która postanowiła zadbać o naszą rozrywkę.

Ja nie wiem dlaczego, ale Babcia dokładnie sprawdza nasze kosze na śmieci. Codziennie! Stały rytuał. Chyba się obawia, że wyrzucimy coś cennego. Bo jak zniszczony rondelek trafił do kosza, to jakimś cudem na drugi dzień już był w szafce. Jak wyrzuciłam starą, mocno przetartą torebkę, której kieszenie wcześniej przeszukałam i zostawiłam w niej przeterminowaną gumę do żucia (w opakowaniu oczywiście), to jeszcze tego samego dnia te same gumy leżały na stole. Magia po prostu. Ale jedno zdarzenie rozłożyło mnie na łopatki całkowicie. Siedziałam z otwartą gębą i łapałam powietrze niczym karp w wannie.

Pewnego dnia sprzątałam w szafce, gdzie mam różne rzeczy potrzebne do pieczenia ciast. Znalazłam tam między innymi paczkę orzechów włoskich, którym termin ważności skończył się niemalże w ubiegłym wieku. Od razu je wyrzuciłam, bo wiadomo, zjełczałe na bank.

Na drugi dzień siedzę przy stole i jem śniadanie. Nagle Babcia mówi:

– Wiesz, znalazłam w śmietniku orzechy – mówi do mnie. – Cała paczuszka, nienapoczęta nawet.

– Wiem, wyrzuciłam je, bo były przeterminowane.

– No… to ja je wyjęłam z kosza – kontynuuje opowieść, a mnie lekko włos na głowie zaczyna się skręcać z wrażenia, bo przecież znam swoją Babcię i mogę dopowiedzieć, co będzie dalej! – Otworzyłam tę paczkę i spróbowałam.

– Rany! Babciu, przecież jak coś jest wyrzucone, to znaczy, że zepsute.

– Niekoniecznie – odpowiada. – Wolałam sprawdzić.

– I jak wrażenia smakowe? – pytam z nutką złośliwości.

– Tym razem miałaś rację. Wstrętne były!

– Przecież to mogło ci zaszkodzić. Nie możesz tak robić – tłumaczę. Odchodzi mi też ochota na śniadanie, jak sobie wyobrażę, jak Babcia te orzechy próbowała.

– Mogę. Nikt mi nie zabroni. A żołądek mam mocny. Najwyżej trochę poboli i przestanie – odpowiada zadowolona. Widzę, że dumna z siebie. Żadna siła jej nie powstrzyma przed tym, by dziś wieczorem znów zrobić przegląd kosza. Aż mnie korci, by podrzucić do niego coś, co ją zniechęci. Tylko nie wiem, czy coś takiego istnieje! Bo u nas wszystko może mieć drugie życie (choćby w żołądku Babci).