Nie wiem, czy zauważyliście, że nastąpił kurzy czas. Inwazja! Wszędzie, gdzie spojrzę na półki sklepowe, tam moje ziomalki. Świat kurą, kurczakiem i jajem stoi. Zające odeszły na drugi plan. Kury ze swoimi grubiutkimi kuprami moszczą się na wystawach niczym na najwyższych grzędach. A ja wchodzę do sklepu i każdą chcę mieć! To taki jedyny chyba moment w roku, że świat zmienia się w kurnik. I kiedy pojechaliśmy ze Sławkiem do jakiegoś marketu po żarówki, to oczywiście ja zagubiłam się na dziale z „pierdołami”. I co? I tu kura, i tu. A tu jaka fajna z małą główką i dwadzieścia razy większym kuprem. Noż! Każdą chcę mieć!

- No, chodź już, chodź – pogania mnie Sławek.

- Ale… – zapowietrzam się, bo przecież nie zdążyłam wszystkiego dotknąć.

- Chodź, chodź…

- No, ale chociaż te kurki wezmę.

- Po co ci te kurzołapy?

- Ale to kurze kurzołapy – odpowiadam zadowolona, bo podoba mi się ta gra słów. Kurzy kurzołap to zupełnie inny niż zwyczajny, sami przyznajcie.

- Chodź, chodź – pogania i chwyta mnie pod ramię. A ja w amoku szybko łapię dwie kurki: zieloną i białą. No chociaż tyle! – Będę miała na konkurs! – mówię.

- Kupiłaś ostatnio kurę w Gdańsku – mruczy.

No, tak. Trzeba przyznać Więcej >