Podróż do Wrocławia była pełna wrażeń. Kiedy już wsiadłam do pociągu bez towarzystwa spotkanego na peronie pana, miało już być z górki. Tylko pięć i pół godziny turlania się z północy na południe! Nie myślałam jednak, że podczas tego turlania porażeniu ulegną moje zmysły. Pierwszy pod nóż poszedł wzrok.

Jechałam sobie spokojnie. Czytałam książkę. Naprzeciwko mnie siedział mężczyzna, coś klikał w swoim laptopie. Cisza prawie jak makiem zasiał. Słychać jedynie uderzenia w klawiaturę i przewracanie moich kartek w książce. Dwóch innych pasażerów ze słuchawkami na uszach udaje, że ich tu nie ma.

Przed Poznaniem facet siedzący naprzeciwko zaczyna się ruszać. Wstaje. Sięga bagaż. I nagle…! Tracę wzrok. Zostaję porażona takim widokiem, że już na nic innego nie chcą patrzeć moje oczy. Pan się odwraca do mnie czterema literami, bo wiadomo, musi sięgnąć torbę z półki. Tylko że potem się nad tą swoją torbą nachyla, wypinając w moją stronę wszystkie swoje wdzięki. A duże to były wdzięki, trzeba uczciwie przyznać. Mój wzrok porażony zostaje widokiem „rowu mariańskiego” ciągnącego się pomiędzy owłosionym „wzgórzami”. Porażenie zmysłu wzroku! Nawet szybki skręt głowy i skierowanie oczu w okno nie pomaga. Za późno. Oślepłam.

Pan wysiada, pozostawiając niezapomniane wrażenia. Zaraz na jego miejsce jednak pakuje się młoda, drobna dziewczyna Więcej >