Podróż do Wrocławia była pełna wrażeń. Kiedy już wsiadłam do pociągu bez towarzystwa spotkanego na peronie pana, miało już być z górki. Tylko pięć i pół godziny turlania się z północy na południe! Nie myślałam jednak, że podczas tego turlania porażeniu ulegną moje zmysły. Pierwszy pod nóż poszedł wzrok.

Jechałam sobie spokojnie. Czytałam książkę. Naprzeciwko mnie siedział mężczyzna, coś klikał w swoim laptopie. Cisza prawie jak makiem zasiał. Słychać jedynie uderzenia w klawiaturę i przewracanie moich kartek w książce. Dwóch innych pasażerów ze słuchawkami na uszach udaje, że ich tu nie ma.

Przed Poznaniem facet siedzący naprzeciwko zaczyna się ruszać. Wstaje. Sięga bagaż. I nagle…! Tracę wzrok. Zostaję porażona takim widokiem, że już na nic innego nie chcą patrzeć moje oczy. Pan się odwraca do mnie czterema literami, bo wiadomo, musi sięgnąć torbę z półki. Tylko że potem się nad tą swoją torbą nachyla, wypinając w moją stronę wszystkie swoje wdzięki. A duże to były wdzięki, trzeba uczciwie przyznać. Mój wzrok porażony zostaje widokiem „rowu mariańskiego” ciągnącego się pomiędzy owłosionym „wzgórzami”. Porażenie zmysłu wzroku! Nawet szybki skręt głowy i skierowanie oczu w okno nie pomaga. Za późno. Oślepłam.

Pan wysiada, pozostawiając niezapomniane wrażenia. Zaraz na jego miejsce jednak pakuje się młoda, drobna dziewczyna z walizą taką, że można by cielaka w nią wpakować. Jeden z pasażerów oferuje postawić torbiszcze na półkę. Patrzę z zainteresowaniem, bo nie wiem, jak on wymierzył zmieszczenie tego tobołu. Niestety przecenia swoje możliwości, nie udaje się. Waliza więc stoi pomiędzy siedzeniami, blokując możliwość rozprostowania nóg (zaraz więc dopadnie nas skurcz). Kobietka od razu zaznacza łamaną polszczyzną, że nie mówi dobrze po polsku. No ok. Nikt więc nie próbuje jej przekonać, że taka waliza to na przyczepce za pociągiem powinna jechać. Turlamy się dalej. Znów cisza. Ja czytam po cudownym odzyskaniu wzroku, choć ciągle w wyobraźni majaczy mi „rów mariański”.

I nagle! Porażeniu ulega mój zmysł węchu! Jaja! A więc jeszcze zabiera się jaja na twardo w podróż?! Naprawdę?! Nie dowierzam. Spoglądam znów naprzeciwko, gdzie siedzi kruszyna z wielką walizą, a ona wyciąga pudełeczko, otwiera je i zajada ugotowane jaja. Gdybym nie zobaczyła, tobym nie uwierzyła. Smrodek niezły. Mój zmysł węchu umiera. Akurat do przedziału wchodzi kolejna pasażerka i już widzę, jak po otwarciu drzwi przeżywa szok zapachowy, marszczy nos i robi taką minę, jakby ją zemdliło. Aż chce się krzyknąć, że to nie nasze stopy, że to jaja tej, która się chowa za wielkim torbiszczem.

Kiedy pociąg zatrzymuje się na stacji, dopadam okna. Powietrze! Będziemy żyć!

Z satysfakcją jednak stwierdzam, że udało mi się dotrzeć do Wrocławia.         

 

PS  Z autorów opinii na temat okładek wybrałam dwie osoby, które mogą sobie wybrać dowolną moją książkę (lub audiobook) i podać mi adres na priv. A ja oczywiście pędzę zaraz na pocztę i wysyłam.

Są to: avatea i Demirja. Serdecznie dziękuję wszystkim za komentarze.