Źle się dzieje w państwie polskim… a ściślej mówiąc – Sakowiczów. Wczoraj dokonałam pomiaru wagi ciała własnej osoby. Na szczęście na zawał nie zeszłam, ale palpitacja serca była taka, że o mało nie kojfnęłam. Przeżyłam jednak z bardzo przykrymi skutkami ubocznymi w postaci wniosków, które od razu się wykluły w rozczochranej.

Wygląda to tak, że w naszej rodzinie człowiek płci żeńskiej jest w jakiś magiczny sposób podłączony do osobnika płci męskiej. I kiedy ten drugi wchłania słodycze, to dodatkowe kilogramy odkładają się temu pierwszemu. Dziwne, nie? Mam wrażenie, że staliśmy się jednym organizmem. A że w przyrodzie nic nie ginie, to gdy chłop chudnie, babie przyrasta tu i ówdzie. Zazwyczaj to „ówdzie” znajduje się w najbardziej strategicznych miejscach. Poducha z przodu i siedzenie. Jakby organizm przygotowywał amortyzację do turlania się. Może jest przewidujący…

Piszę ten post we wtorek wieczorem w łóżku. Właśnie wróciliśmy z przejażdżki rowerowej. Codziennie udaje się nam przejechać ok. 20 km lub więcej. Teoretycznie więc spalamy. I kiedy ja leżę sobie, a głód zagląda mi w oczy, bo przecież nie jeżdżę po to, by potem się opychać, osobnik płci męskiej pałaszuje krakersy i zagryza paluszkami. No, ale jemu się nie odłoży. Je tak, by odłożyło się po mojej stronie łóżka.

Chrupanie słyszę. Każde chrup-chrup to skurcz mojego żołądka. Skurcz rozpaczy, bo człek pożarłby te krakersy, wyrwał torebkę, uciekł, schował się w ciemnym kąciku i zżarł.

Kończy się tak, że żeński osobnik przełyka z pokorą ślinę, popija wodą i tylko czeka, kiedy te schrupane kalorie po prawej stronie łóżka, dokonają abordażu. Ktoś musi to wziąć na klatę, nie? Tylko oczywiście na klacie się nie odłoży, a raczej na tylnej stronie organizmu.