Wczoraj rozmawiałam z koleżanką, która ma mnie odwiedzić w weekend. Będzie jechała pociągiem z daleka. Zaniepokoiło mnie, że z powrotem u siebie na dworcu będzie po północy. Ciarki po plecach. Od razu przypomniała mi, że ja nie lubię jeździć po nocy. Boję się. Po pierwsze pociąg wygląda jak z horroru. Szaro i ponuro. Za oknem jeszcze ciemniej. Nic nie widać.

Odtworzyłam w myślach swoje podróże po nocy. We wspomnieniu zobaczyłam siebie siedzącą wyprostowaną niczym struna z walizką w dłoni, bo przecież za godzinę będzie moja stacja. Strach, by jej nie przegapić, zaglądał w oczy. A jeszcze zawsze jakiś podejrzany osobnik w przedziale powodował większe napięcie. Wszystkie sceny z horrorów odtworzyły się w głowie.

Potem druga trauma: czy dam radę otworzyć drzwi? A co, jeżeli nie dam i nie zdążę wysiąść? Zacznę płakać, na bank.

Moja koleżanka opowiadała mi dla odmiany, jak to potrafi wsiąść nie do tego pociągu co trzeba. Ja jej na to, że wyrywkowo pytam jednych podróżnych, dokąd ten pociąg jedzie, a innych czy jedzie do mojej stacji. Bo oczywiście jestem na dworcu dużo przed czasem odjazdu. Potem sprawdzam napisy na tablicach i jeżeli wersje się zgadzają, wsiadam, ale niepewność towarzyszy mi do pierwszej kontroli biletów. Dopiero konduktorskie oko mnie uspakaja. Więcej >