Zaskakują Was czasami Wasze drugie połówki? Mnie wczoraj mój mąż doprowadził do łez. Na szczęście ze śmiechu.

Leżeliśmy już w łóżku i Sławek nagle rzucił, że musimy pomyśleć o wczasach. Zamarłam w tym momencie. Zapowietrzyłam się i dostałam wytrzeszczu oczu, bo odkąd mieszka z nami babcia, wyjeżdżamy najwyżej na trzy dni, a wczasy zabrzmiały jak wakacje z dawnych lat. Aż mi serducho podskoczyło z emocji.

– Wczasy? – pytam, bo nie dowierzam. Poprosiłabym, by mnie uszczypnął, żebym się przekonała, czy nie śnię, ale wiem, że naprawdę by to zrobił, więc nie zaryzykowałam. – Serio wczasy?

– No… – uśmiecha się i już wiem, że to nie te wczasy z dawnych lat, tylko wersja dopasowana do naszych możliwości.

– A gdzie? – W duchu oczywiście zaklinam, że to góry, może Bieszczady albo Tatry…

– Do Gniewu.

– Do Gniewu? – dziwię się. Ci, którzy nie są z Kociewia, a czytali „To się da!”, wiedzą, że tam Joanna wypychała auto z błota. To jakieś 34 km od nas, więc rozumiecie moje zdziwienie. Wczasy kojarzyły mi się z wyprawą w odległe strony. – Żartujesz?

– Nie – odpowiada spokojnie. – Z okazji rocznicy ślubu pojedziemy. Piątą musimy uczcić.

– Aha…? Dlaczego w Gniewie?

– Pojedziemy rowerami. Spędzimy tam trzy noce i codziennie Więcej >