Donoszę, że w państwie Sakowiczów ciągle się dzieje źle. Donoszę również, a na świadka biorę moją koleżankę Ewę, która spędziła u nas cały weekend, że mój mąż Sławomir szykuje na mnie zamach. Plan miał niecny.

szerszenicaNie widziałam nic podejrzanego, kiedy zawieszał na naszym domu budki lęgowe. Najpierw pojawiły się dwie – na sikorki i rudziki. A w tym roku zawisły kolejne – na nietoperze i jerzyki. Niby spoko, nic się nie dzieje. Ale siedzę sobie z moją koleżanką Ewą na tarasie i nagle moje oczy widzą szerszenia. Bombowiec jak trza. Książkowy. Mógłby od razu zapozować do jakiego podręcznika. No, ale patrzymy spokojnie, choć ciary po plecach idą moich i Ewy. I co widzimy? Wlatuje sobie ten szerszeń do budki dla jerzyków, znajdującej się pod samym dachem. Wlatuje, potem wylatuje i znika nad dachem. Mija parę minut i znów jest.

– Zobacz, szerszeń buduje nam gniazdo – mówię do Sławka z przerażeniem.

– Przestań panikować. Zmęczył się, to wleciał do budki. Odpocznie i wyleci.

No i odpoczął, wyleciał. Tak mu się jednak chata spodobała, że po chwili wrócił. Zmęczony musiał być jak cholera, że tak co chwilę tam odpoczywał.

– On buduje gniazdo! – mówię znów piskliwym głosem, bo widzę oczywiście zaraz cały rój dopadający mnie, kiedy wieszam pranie. W dodatku jestem alergikiem, więc jest prawdopodobne, że mogę być uczulona. Ewa potwierdza, że widzi to, co ja. (A zapomniałam dodać, że najpierw Sławek próbował mi wmówić, że to pszczółka. No, jeżeli pszczółka, to jakiś mutant popromienny z głośnikiem w tyłku). – Musimy je zlikwidować!

– Zlikwidujemy, jak będzie potrzeba – odpowiada ze stoickim spokojem i już ustawia statyw z aparatem wycelowanym w budkę. – Trzeba żyć w zgodzie z naturą. Nie drażnij szerszeni, to cię nie użądlą,

Noż, kurza twarz! Czytam w necie, że o tej porze roku to musi być królowa i na bank buduje gniazdo. Mówię to Sławkowi, ale nie widzę w nim zmiany reakcji.

– To kiedy będzie ten czas, że trzeba? – pytam. – Jak już będziemy mieć 700 szerszeni? I co zrobisz?

– Wejdę na drabinę i zakleję otwór.

Pięknie! I mam wizję, jak mu te 700 szerszeni siedzi od razu na twarzy, kiedy on próbuje im zakleić dziurkę na wysokości sześciu metrów nad ziemią. Ale mój mąż dodaje:

– Albo świecę dymną im wrzucę do środka. – I chichra się. Nie muszę tłumaczyć, że dziurka budki niewielka, w dodatku pod drewnianym dachem. Od razu myślę, że koktajl Mołotowa też odpada.

– Trzeba wykurzyć tę królową gaśnicą na szerszenie – decyduję i opracowuję plan. Wejdę jutro na okno od pokoju babci. Stanę na parapet. Do budki jest zaledwie 1,5 metra, a gaśnica ma zasięg pięciu, więc ją spryskam. Szerszenica wróci. Nie będzie zadowolona. Odleci. Opowie swoim znajomym, by się nie zbliżać do naszego domu. I wszyscy (oprócz oczywiście szerszenicy) będą żyli długo i szczęśliwie.

Dziś mam zamiar zrealizować ten plan. Trzymajcie kciuki. Mam nadzieję, że to nie jest mój ostatni post.

 

PS  Szkoda, że nie widzieliście miny Ewy, kiedy jej opowiedziałam o swoim genialnym planie.