Żyję! Akcja z szerszeniami zakończona (prawdopodobnie) sukcesem.

Działałam oczywiście zgodnie z opracowaną wcześniej strategią. Poczekałam, aż Sławek pojedzie do pracy, bo z pewnością kazałby mi się zaprzyjaźniać z szerszeniami i tłumaczyłby, że trzeba żyć w zgodzie z naturą. A ja miałam niecny plan pozbycia się owadów.

Wskoczyłam na rower. Pognałam do marketu. Odnalazłam półkę z gaśnicami. Chwyciłam jedną (przyznam, że kusiło mnie, by kupić też drugą na zapas i trzecią na zaś), zapłaciłam około dwunastu złotych. I tak uzbrojona wróciłam do domu. Akurat była dobra pogoda, bo nie wiało. Wiem, że powinnam poczekać do wieczora, bo wtedy podobno szerszenie są mniej aktywne. No, ale wiadomo, że nie usiedzę bezczynnie z nieodpaloną gaśnicą  tyle godzin.

Najgorsze było to, że nie miałam pojęcia, jak to ustrojstwo działa i czy faktycznie ma zasięg pięciu metrów. Na opakowaniu przecież można wypisać różne cudawianki. Kiedy tak stałam z gaśnicą w dłoni i wyrazem twarzy niczym Chuck Norris, zauważyłam osę. Szybki błysk w głowie. Trzeba narzędzie zbrodni wypróbować. Walnęłam w osę z dwóch metrów. Byłam ciekawa, czy ją to rozwścieczy i ruszy na mnie, czy padnie nieżywa. Musiałam oczywiście wiedzieć, jak może zachować się szerszeń i czy zdążę zeskoczyć z parapetu i zamknąć okno, kiedy przypuści na mnie atak.

Osa nie padła od razu, ale osiadła na ziemi. Miałam wrażenie, że analizowała, co się stało. Okej. To jesteśmy w domu. Jest szansa, że tak samo zachowa się moja szerszenica.

Był jeszcze jeden problem. Jak zasłonić twarz, żeby widzieć, ale żeby uchronić się przed potencjalnym atakiem. Sitko! Gumkami przymocowałam je sobie do uszu. Wyglądałam jak japoński wojownik. Poszłam do pokoju Babci, która na mój widok się przeżegnała. Wyjaśniłam, że ruszam na wojnę z szerszeniami, które nad jej oknem budują gniazdo, w razie czego niech mnie ratuje.

Na seniorce nie zrobiło to żadnego wrażenia. No, chyba że właśnie odmawiała za mnie różaniec, bo miała go akurat w dłoni. Okej. W takim razie mam jeszcze wsparcie z góry! Szerszeń nie miał szans.

Weszłam na parapet. Z moim lękiem wysokości to wyczyn nie lada. Trochę nogi mi się trzęsły. Nie miałam pojęcia, czy szerszenica jest w budce. Odpaliłam gaśnicę w stronę budki lęgowej. Nic z niej nie wyleciało! Udało się. Potem poszłam z moją bronią do drugiego pokoju i zaatakowałam budkę z drugiej strony. Zwycięstwo! Przynajmniej teoretycznie.

Trzeba było jeszcze obserwować, czy natrętny owad nie okaże się odporny. Niestety okazało się, że nie jestem w stanie siedzieć na tarasie. Zagazowałam chyba cały ogród. Brak wiatru spowodował to, że powietrze stało i nie można było oddychać. Na pole bitwy wróciłam dwie godziny później. Akurat miałam nosa, bo szerszenica w towarzystwie mniejszego trochę szerszenia latała koło budki, ale do środka się nie odważyli wlecieć. Nagle jednak patrzę, a ta robi nawrotkę i leci do drugiej budki. Noż, kurza twarz! Ale po chwili jednak owady odleciały. Wczoraj prowadziłam obserwacje dalej. Szerszenica się pojawiła dwa razy, ale tylko przeleciała nad naszym ogrodem. Oczywiście nie mam pewności, że to ciągle ten sam owad, ale udaje bombowca tak samo, jak ten zaobserwowany wcześniej.

A to wojownik w pełnym rynsztunku:

moja wojna