Jajo wróciło po ciężkiej sesji. Pierwszy rok zaliczony. Myślę, że ja też mogę być z siebie dumna, bo ani nie dzwoniłam, by obudzić „na lekcje”, ani by zapytać, czy zjadło śniadanie i czy nakłada czapkę i szalik. Brawo my! Dałyśmy radę. Pierwszy rok najtrudniejszy, teraz chyba pójdzie z górki.

Babcia oczywiście powtarza Jaju, że ma być najlepsze na roku. Dopytuje, które jest. Dla spokoju oczywiście mówimy, że Jajo nie ma sobie równych i wymiata (a trójek nie ma, poprawek też, więc jest dobrze, chyba tak całkiem nie kłamiemy).

Jajo przyjechało w poniedziałek. Rano oczywiście lepiłam pierogi, bo nikt nie robi tak pysznych pierogów (ruskich) jak mama. To się wie. I kiedy już nalepiłam, razem z moimi rodzicami pojechaliśmy do Tczewa po tę moją pierworodną. Komitet powitalny był jak należy. Jajo nie spodziewało się, że będą je witać więcej niż dwie osoby. Taka niespodzianka.

Godzinę przed planowym przyjazdem pociągu Jajo mi napisało, że jest w pierwszym wagonie i mamy być gotowi, bo pociąg prawie pusty, w dodatku stary, więc boi się, że może nie otworzyć drzwi. Byliśmy więc w bloku startowym (ale się zagadaliśmy).

Pociąg nas zaskoczył, bo okazał się długi i pierwszy wagon śmignął koło nas, że zanim się zorientowaliśmy, był już na drugim Więcej >