Babcia poskładana. Zadziwia swoją siłą i determinacją. Na szczęście amok jej minął. Ładnie współpracuje z lekarzami i pielęgniarkami, więc jest światełko w tunelu. Musimy się tylko dobrze zorganizować.

Za to ja mam koszmary. Wczoraj nie mogłam zasnąć, bo wszystko mi się kotłowało w głowie. W dodatku przyjechali rodzice i jechałam z mamą do lekarza. Chyba będę musiała założyć oddział geriatryczny, bo nabieram wprawy w opiece na różnych frontach.

Z tego wszystkiego chyba miałam dwa dni temu niezły sen. Tak rzeczywisty, że go zapamiętałam. Pewnie miał związek z tym, że w telewizji wszyscy mówią o wizycie Trumpa. Przyśniło mi się, że zostałam zaproszona przez jego żonę. Okazało się, że Melania to całkiem fajna babka. Oprowadziła mnie po Białym Domu. Otwierałam gębę z wrażenia, jak tam pięknie. Potem wypiłyśmy butelkę czerwonego wina. Oczywiście kulturalnie, tak ą-ę przez bibułkę, z małym paluszkiem odpowiednio arystokratycznie wygiętym.

No, ale kiedy się wciągnie napój (jaki by on nie był), to trzeba go potem wydalić. Zachciało mi się do toalety. Zapytałam Melanię, gdzie mają swój przybytek szczęścia. Okazało się, że musiałam iść tam w obstawie ochroniarzy. Zaprowadzili mnie w odpowiednie miejsce, po czym Melania poinformowała mnie, że niestety muszę sikać w towarzystwie panów, bo tak będzie lepiej dla mojego bezpieczeństwa. I tu konsternacja. Toaleta w Białym Domu wyglądała jak szalet miejski za czasów PRL-u. I jak tu się wysikać, jak tu nie skrytykować tego miejsca? Może ci ochroniarze będą mnie potem reanimować? Niewątpliwie użycie takiej toalety groziło utratą zdrowia. Nie mogłam się nadziwić, że wszystkie inne pomieszczenia są luksusowe, a to jedno nie. Nie wystarczyło kasy? Czy jak?

Na tych egzystencjalnych rozważaniach sen się zakończył. Oczywiście nie muszę dodawać, że od razu pobiegłam do swojej toalety i z dumą stwierdziłam, że mam lepiej niż Trump w Białym Domu. A taki niby bogaty, a taki niby prezydent, a na porządną toaletę go nie stać. Od razu człowiekowi zrobiło się lepiej.