Wczoraj dogorywałam na łóżku, bo coś wrednego mnie chwyciło. Pomiędzy leżeniem a leżeniem uskuteczniałam sprint na krótki dystans do toalety. A przez kilka dni bolało mnie ucho. Musiałam zażyć ketonal. No… Potem zapomniałam o uchu, bo trzeba było wziąć udział w biegu na sześć metrów. I to powtarzanym tak często, że żałowałam, iż nie włączyłam Endomondo. Mogłabym zmierzyć długość trasy, jaką przebyłam przez kilka godzin.

Dziś bym sobie spokojnie dogorywała, ale niestety muszę z Babcią jechać do poradni ortopedycznej. Będziemy się więc wozić ambulansem.

Stawiam się teraz na nogi. Jutro mam wyjazd do Olsztyna. Będę pomagać pewnej fundacji w akcji Wakacje dla Rodaka. Mam się spotkać z Polakami z Kazachstanu. Trzeba więc być na chodzie. Potrzebna szybka reanimacja.

I kiedy tak moje zwłoki spoczywały na łóżku, palce pykały po pilocie od telewizora w poszukiwaniu czegoś odmóżdżającego. Mignął mi film animowany dla dzieci. Nie pamiętam tytułu, ale opowiadał o zwierzakach pozostawionych w domu. Akurat trafiłam na scenę, kiedy gruby kot otwierał lodówkę i zastanawiał się, czy nie zeżreć kurczaka. Od razu mi się przypomniał Nutuś. Kiedy był młodszy, też otwierał lodówkę. Tam miał teren łowiecki. Pamiętam, jak pewnej nocy wstałam do toalety i zobaczyłam, że w kuchni włączone jest światło. Wchodzę, patrzę, a tam Nutuś siedzi naprzeciwko lodówki. Drzwi oczywiście otwarte, a kot wygląda tak, jakby właśnie rozważał, co należy pożreć.

Później któregoś dnia wracam z pracy, lodówka na oścież, światło oczywiście włączone, jednak Nutusia nie ma. Kot leży na łóżku do góry brzuchem, styrany życiem i przeżarty. Z lodówki zniknęły kotlety, które miały być tego dnia na obiad.

Obecnie Nutuś już wyrósł z takich rzeczy, zresztą złośliwie obudowaliśmy lodówkę i nie bardzo wiadomo, gdzie ona się podziała.

 

PS  Z tego względu, że we wtorek i środę udzielam się charytatywnie, na blog wrócę dopiero w piątek.