Znacie takie powiedzenie, że gdy głowa siwieje, to inna część ciała szaleje? Chyba mnie dopadło. Normalnie Sodoma i Gomora, rozpusta w biały dzień.

Pojechaliśmy ze Sławkiem nad nasze ulubione rozlewisko. Zwykle siadamy nad brzegiem i obserwujemy. Niewiele mówimy, ale dopiero po tym, jak się wygadam i opowiem o nowych pomysłach na książki, nowych bohaterach itp. Sławek cierpliwie słucha, czasami coś doradzi, ale jak już się wygadamy, to wtedy zapada długie milczenie, bo rozpoczyna się „polowanie” na ptaki (o ile już wszystkie nie odleciały spłoszone moim gadaniem). No, ale wypatruję wspólnie ze Sławkiem i czasami nawet uda mi się coś dostrzec jako pierwszej. Cieszę się, kiedy udaje mu się „strzelić” ptaszka. Wiadomo jednak, że moja cierpliwość ma granice i to bardzo wyraźnie wyznaczone.

– Długo jeszcze? – ja.

– Muszę jeszcze dorwać zimorodka – on.

– Masz już jednego – znów ja.

– No to innego ptaszka – znów on. I wtedy nagle mi się zapala coś we łbie. Ptaszek to mi się od razu kojarzy w tej mojej rozczochranej z takim jednym nielotem.

– Ptaszka to ja ci mogę sfotografować – chichram się – w domu…

Sławek uśmiecha się pod nosem. Potem pyta, czy mógłby wtedy wrzucić go na FB. Rechoczemy. Nie muszę chyba pisać, że już w swojej wyobraźni wszystko to widzę. Cały kalejdoskop ujęć mam w rozczochranej. Różne konfiguracje. A Sławek w tym czasie lata po krzakach.

– O, to jeszcze tę pałkę zrobię – mówi.

– Pałkę? – znów ja i parskam śmiechem. Oczywiście nie mam na myśli pałek wodnych, co ma Sławek, nie wiem, ale na zdjęciu oczywiście jest ta bardzo przyzwoita:

pałka