Ostatnio miałam całkiem fajną przygodę. Trochę zmarzłam, ale wszystko skończyło się gorącą herbatą.

Pojechałam ze Sławkiem nad „nasze” rozlewisko. On oczywiście miał robić zdjęcia, a ja chciałam wypróbować pisanie w terenie. Mąż zakupił mi małego laptopa. Takiego, którego mogę wrzucić do torebki albo plecaka. Wszystko dobrze, ale po całym dniu ślęczenia przed kompem nie bardzo miałam siłę na pisanie. Wystukałam pięć tysięcy znaków i miałam dość. Ponadto zrobiło mi się zimno. Postanowiłam więc wrócić do domu, tym bardziej że Sławek po drodze miał jeszcze zrobić jedno zlecenie.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Popędziłam do domu. W trakcie drogi doznałam oświecenia, że nie mam klucza. Jeden rzut oka na zegarek: jest szansa, że Babcia je właśnie kolację w kuchni i mnie usłyszy.

Dojechałam. Dzwonię, dzwonię i dzwonię. Nic. Stoję przed furtką i nie mogę się dostać nawet do drzwi. Ale główka pracuje. Pokombinowałam i wreszcie udało mi się wejść na posesję. Stanęłam twarzą w twarz z drzwiami. Teraz dzwonię drugim dzwonkiem. Brzmi jak dzwony kościelne. Nadstawiam ucho i słyszę Babci ulubioną telewizję. Chyba jest msza. Nie ma szans, by Babcia wtedy wyszła z pokoju. Pewnie myśli, że dzwony kościelne to z telewizora. Pukam więc.

Pukanie zwabia naszego kota. Widzę go, jak siada przed drzwiami i patrzy Więcej >