Nie chcę Was martwić, ale nadchodzi. Zbliża się powolnym krokiem, a za nią już tylko deszcz, wiatr i wyższe rachunki za ogrzewanie. Dzieli nas od niej granica tak cienka, że przy niej nić pajęcza wydaje się liną okrętową. Zacznie się. Będą smarki po pas, zimne stopy, wiatr w oczy i deszcz we włosy. Tak będzie, nie chcę Was martwić. Jesień idzie! Nawłocie kwitną, liście zaczynają się przebarwiać, żołędzie z dębów atakują ludzkie łepetyny, a grzyby w lesie wystawiają łebki, by oznajmiać światu, że lato zobaczymy dopiero za 290 dni (nie liczyłam, ale wczoraj w TV powiedzieli, że lato dopiero wtedy wróci).

Ech… I zacznie się czas sprzyjający nasiadówkom pod kocykiem.

Wieszczę dzisiaj zmianę pory roku, bo u nas cały weekend był chłodny i jesienny. Jeden dzień udało się tylko wygospodarować na wyprawę rowerową. I nie mam złudzeń, że lato się utrzyma, choć gdzieniegdzie maki jeszcze dzielnie się trzymają.

Oczywiście można spojrzeć na to z optymizmem. Będzie pięknie, kolorowo, wszak polska złota jesień jest cudna. Nie będzie upałów, nie będzie kusiło, by pożerać lody… Wybaczcie jednak, ale nie umiem wykrzesać z siebie więcej optymizmu. Znów będzie ciemno! Słońce pojawi się od czasu do czasu, a po tym wszystkim sypnie śniegiem. Ja chcę z powrotem lato!!!

A Wy jak przygotowani psychicznie na swetry, kurtki, parasole, grypę i inne jesienne atrakcje? Bo ja nie! Zapieram się kurzym pazurem.

 

 

PS  A w tym swoim zaparciu tkwiąc, przygotowuję się do spotkania autorskiego w Gdyni. Serdecznie na nie zapraszam 7.09 o godz. 17.00 przy ulicy Morskiej 113 (Biblioteka Grabówek). Przyjdźcie i pocieszcie człowieka.

gdynia