Wczoraj miał być piękny dzień. Piękny dzień nie nastąpił, przesunął się na czwartek. Jajo miało przylecieć, ten mój malutki nielotek. Niestety ze względu na pogodę w Stanach odwołano kilka lotów i akurat trafiło na moje Jajo. Przebukowano je na szczęście na inny dzień, więc przyleci jutro. Mam nadzieję, bo inaczej to ja chyba będę musiała się w jakiś kaftan z długimi rękawami dać zawiązać. Stres oczywiście jest. Jakiś kiepski mam tydzień, bo cały czas czymś się denerwuję. Melisa idzie w ruch, dobrze, że dużo nasuszyłam. I nie wiem, czy to z nerwów, czy może z powodu przepisanego przez lekarza cynku, boli mnie żołądek. Plus tego, że jeść się nie chce.

A wczoraj jeszcze byłam załatwiać pewną urzędową sprawę. I jedno jest pewne: jestem naiwniak do potęgi entej. Zawsze mi się wydaje, że wszystko można załatwić drogą pokojową, że nie ma co walczyć. Odpuszczam wiele rzeczy, a potem nagle okazuje się, że ktoś sobie zagrał na mojej naiwności. Bo ja zawsze mam skrupuły. Mówię sobie, nie odezwę się, bo szkoda człowieka, będzie mu przykro, może jest w trudnej sytuacji, nie dopominam się o swoje. A potem okazuje się, że te ludziska, u których się o swoje nie dopominałam, pękają ze śmiechu, że na naiwniaka trafiły. I mają rację, bo u mnie naiwność niestety potężna.

I za każdym razem postanawiam, że nie dam się więcej w konia zrobić. No… Tylko że za chwilę okazuje się, że znów się dałam. Czasami myślę, że powinnam pójść na jakiś trening do coacha.

A u Was jak jest z naiwnością? Rozrosła się czy raczej w zaniku? Bo jakby ktoś potrzebował kilka kilogramów, to odstąpię w gratisie. O! Albo wymienię na wiadro cierpliwości.

Aha! Trzymajcie kciuki, żeby to Jajo dzisiaj wyleciało! I doleciało jak należy jutro w objęcia matki.