Istnieją takie filmy (jak i książki), które poruszają mnie do żywego.

Ostatnio rzadko co oglądamy, nie mamy czasu. Jednak zupełnie przypadkowo włączyliśmy w telewizji polski film „Plac zabaw” (reż. Bartosz M. Kowalski, rok 2016).

Przyznam, że dawno żaden nie wywołał we mnie takich emocji. Śnił mi się przez dwie noce, a potem miałam wrażenie, że każdy trzynastolatek spotykany na ulicy jest podobny do bohaterów z filmu.

Nie będę Wam streszczać fabuły, bo może obejrzycie. Film jest zrobiony na dokumentalny, taki społecznie zaangażowany, więc to powoduje „wyostrzenie” wrażeń, bo ma się poczucie, że wszystko, co widzimy na ekranie, dzieje się naprawdę. A reżyser zręcznie nas zwodzi, by na końcu przywalić z dubeltówki. Nie stosuje też żadnych artystycznych trików, metafor, ujęć. Posługuje się prostotą i ta prostota tutaj powoduje, że tragedia, jaka rozegra się w filmie, powala na łopatki.

Krótko tylko nakreślę, że bohaterami są dwaj chłopcy kończący właśnie podstawówkę. Jeden z nastolatków na początku pokazany jest w sytuacji domowej – opiekuje się niepełnosprawnym ojcem (na wózku), pomaga mu skorzystać z toalety, robi śniadanie itp., a przed wyjściem do szkoły pomaga mu wrócić do łóżka i… go bije.

Drugi bohater mieszka w jednym pokoju z dużo młodszym braciszkiem, chce, żeby matka wystawiła malucha do Więcej >