Byliście kiedyś na wydmach w Łebie? My wczoraj pojechaliśmy drugi raz. Zaryzykowaliśmy, bo pogoda rano raczej nie zapowiadała słońca, ale czasami trzeba zaufać temu, co mówią w telewizji.

Przeszliśmy prawie szesnaście kilometrów. W drodze powrotnej już moje stopy nie wiedziały chyba co robić. Człapały jedna za drugą w bólu i cierpieniu, bo mi się pęcherz zrobił na podeszwie. Nawet już Sławek powiedział, żebym została przy drodze, to podjedzie autem, ale przecież nie można się poddawać. Nie ja! Toż wstyd byłoby dwa kilometry przed parkingiem odpaść, a potem przyznać się do tego, że się wymiękło. O, nie! A jak już siadłam ze swoją szanowną na fotel, to klękajcie narody, taka ulga. Myślałam, że przed domem, to jednak dźwig trzeba będzie zamówić, żeby mnie wydostał. Udało się jednak dostać do łóżka. A radość niezwykła!

Taki aktywny weekend to doskonałe wietrzenie mózgu. Jutro można zacząć pracować z większą energią. A przyznam się Wam, że w sobotę pojeździliśmy na rowerach, potem uszyłam dziewięć leniusiołków, więc moc była ze mną w te dwa dni.

Jeżeli nie byliście na wydmach w Łebie, to polecam. Są takie miejsca, które trzeba zobaczyć. Krajobraz pustynny, a na horyzoncie błękitne morze! Cudo! Potem powrót pustą plażą, szum morza, słońce… Żyć i nie umierać! Więcej >