Gdyby ktoś był zainteresowany, co słychać u Babci Żelaznego Szopa Pracza, to donoszę, że po złamaniach ani śladu. Nie ma też śladu po wnioskach, które powinna wyciągnąć ze swojego wypadku. Seniorka znów prowadzi życie na krawędzi, doprowadzając nas do palpitacji serca. Oczywiście dalej wszystko wie najlepiej i robi po swojemu, według zasady „bo ja tak lubię (albo nie lubię)”.

Przedwczoraj mnie prawie do zawału doprowadziła. Nie widziałam, kiedy wyszła z domu (!!!) posprzątać przed płotem (powyrywać chwasty, zamieść chodnik itp.). Jak się domyślacie, była to typowa samowolka. Oczywiście nie myślcie, że wzięła ze sobą kulę albo chodzik. A schody? Toż to mały pikuś. Bo przecież rehabilitantka nic nie wie, a lekarz dziecinny (tu Babcia też poglądów nie zmieniła). Pootwierała drzwi w domu i w garażu, a ja zauważyłam to, kiedy chciałam pojechać rowerem do sklepu. Wyjechałam z garażu i wołam do Babci, a ta oczywiście patrzy w niebo, kompletnie nie wie, że ja stoję za nią (nie dosłyszy). Nie wspomnę o tym, że jest dumna z siebie.

Wtedy spadło na mnie oświecenie, że pootwierane wrota równają się ucieczce Nutusia. Zaczęłam go szukać. Cały dom przeleciałam od piwnicy po dach.

− Babcia, Nutusia wypuściłaś!

− Ja? Nie! Gdyby koło mnie przechodził, to na pewno bym Więcej >