Byliśmy w sobotę ze Sławkiem w teatrze na spektaklu „Z życia glist” (o Andersenie). Sztuka była niezwykle poruszająca. Kiedyś czytałam biografię Andersena i wiedziałam, czego się spodziewać. Nie wiedziałam jednak, w którym kierunku pójdzie reżyser. Na początku może bywało zabawnie, trochę groteskowo, ale pod koniec nabrało to wszystko innego wymiaru. Spektakl był niezwykle smutny, poszarpał trochę od wnętrza i dał do myślenia. Ponadto jak się przypomniało baśnie Andersena, to jeszcze bardziej zadziałało przygnębiająco.

Najbardziej jednak zszokowało mnie zachowanie mężczyzny, który siedział za nami. Facet koło pięćdziesiątki i naprawdę zastanawiałam się, czy ktoś go zmusił do przyjścia na spektakl. Nawet raz się obejrzałam, by sprawdzić, czy jego sąsiad nie ma wycelowanego w jego brzuch jakiegoś gnata, by mu wsadzić kilka kulek, gdyby nagle chciał wyjść. No, ale okazało się, że raczej nie. Była jeszcze opcja, że przegrał zakład i musiał swoje odpękać w teatrze. I to wydawało się prawdopodobne, bo biedak nie miał pojęcia, jak się zachować.

Spektakl odbywał się na małej scenie, więc widownia była niewielka. Każdy komentarz roznosił się echem. Pan chyba zapomniał, że nie jest w kinie i że aktorom jego teksty mogą przeszkadzać. Na szczęście był z kolegą, który od czasu do czasu go stopował.

Wyobraźcie sobie scenę, kiedy zrozpaczony Andersen opowiada o tym, że w dzieciństwie był molestowany, a pan wybucha śmiechem. Andersen mówi, jak jako dziecko zaśpiewał coś robotnikom, a oni ściągnęli mu spodnie. Co na to pan miłośnik teatru? „Że kastrat” – oczywiście komentarz padł na tyle głośno, że co niektórzy obejrzeli się z pierwszych rzędów, by zobaczyć na własne oczy żartownisia.

Wkurzył mnie, skomentowałam to w fojer. Okazało się, że pan stał koło nas. Mam nadzieję, że usłyszał i że puknie się w durny łeb i następnym razem albo zostanie w domu przed telewizorem, albo będzie siedział cicho. A jeżeli się z kimś będzie zakładał, to na szali nie będzie stawiał wizyty w teatrze.

Wiem, nie jestem tolerancyjna.