Wczoraj wpadł mi w oko artykuł o otwartej niedawno w Paryżu restauracji dla nudystów. Podobno takie lokale są już w Londynie, w Tokio i na Teneryfie. Żeby zjeść obiad, trzeba być golasem. I tak od razu moja wyobraźnia pognała w siną dal.

No nie wiem, nie wiem, czy bym dała radę. Z drugiej jednak strony tak myślę, że gdybym musiała się rozbierać do golasa, by zjeść posiłek, to pewnie bym schudła w trymiga. Nie dałoby się jeść niczego oprócz sałaty ze świadomością, że wszyscy wokół widzą moje fałdki. A nie dałoby się ich ukryć papierową serwetką. I przyznam, że jakoś inne części ciała w mej wyobraźni zeszły na plan dalszy. Tylko oponki rzucały się w oczy. Resztę dałoby się ukryć chyba pod obrusem (o ile obrusy są na stoach).

W ogóle zastanawiam się nad praktyczną stroną takiego przedsięwzięcia. Można przyjść już na golasa opatulonym jedynie w płaszcz i wyskoczyć z niego w szatni. Tak chyba najwygodniej. Bo inaczej jak? Rozbierać się jak na basenie? No dobra, ale jeżeli takie miejsca powstają, to znaczy, że jest na nie zapotrzebowanie. Czyli już nie tylko „Chałupy welkome to”, już nie tylko plaża. Można rozebrać się dosłownie do rosołu, by zjeść rosół.

W Polsce oczywiście by to nie przeszło. Nagość przecież jest STRASZNA! A ile przy niej grzesznych myśli! Zaraz by protesty przed knajpką były, że Sodoma i Gomora. Trzeba by było zamknąć lokal, jeszcze zanim by się otworzył. A w Paryżu pytano przechodniów i sąsiadów lokalu i nic nikomu nie przeszkadza! Przez okna przecież golasów nie widać, jest podobno intymnie. Nic złego się wewnątrz nie dzieje, ludzie tylko jedzą. A kto chce, niech idzie i je na golasa, jeżeli lubi. Mnie to kompletnie nie przeszkadza.

A! Nie napisano w artykule o tym, w jakich strojach są pracownicy! Taki kelner na przykład. Stoi przy stoliku, klient siedzi, więc twarz ma na wysokości jego… hm… I jak tu się skupić na składaniu zamówienia?

Poszlibyście do takiej restauracji? (Ceny podobno od 39 do 49 euro).