Byliśmy ze Sławkiem w weekend w stolicy. Od czasu do czasu lubimy wyskoczyć do teatru. A ostatnio  zachwyca nas Nowy Teatr. Za każdym razem wracamy pełni wrażeń.

97d08237b876e6d49947964c70266864433c9fd4Tym razem byliśmy na „Sonacie widm” Strindberga w reż. Markusa Öhrna. I muszę przyznać, że dawno się tak nie rozczarowałam. Nie mogę napisać, że to był nieudany spektakl. We mnie jednak nie wzbudził zbyt wielu emocji, choć są tam sceny wstrętne, perwersyjne, a wręcz ohydne. Ponadto miałam wrażenie, że reżyser postanowił zagazować widownię. Maszyny do wytwarzania dymu pracowały chyba non stop. Był moment, kiedy myślałam, by wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza. To chyba element spektaklu, który mi najbardziej przeszkadzał. Widoczność w pewnym momencie ograniczała się do kilku metrów.

Lubię teatralne eksperymenty, nawet bardzo, ale w tej sztuce miałam niedosyt, jakby jej potencjał nie został wykorzystany w należyty sposób. A w jaki? Nie wiem. Nie umiem tego określić.

Aktorzy grali w wielkich maskach (kulach), mieli zniekształcone głosy. (Aktor więc nie był tu najważniejszy.) Za to zwiększono rolę widzów. Mogliśmy w trakcie przedstawienia chodzić, oglądać sztukę z różnych perspektyw. Takie było przynajmniej założenie. Jednak niewiele osób zdecydowało się na to, by opuścić swoje miejsce i przejść na przykład na drugą stronę sali, tym bardziej że wszystkie szczegóły ukazywane były na ekranach (kręcił „z ręki” jeden z aktorów). To pewnie reżyserowi nie wyszło, nie zmusił widzów do chodzenia. I w sumie dobrze, bo mnie rozpraszało, kiedy widziałam spacerującego człowieka. Odciągało to moją uwagę od spektaklu, który, nawiasem mówiąc, miejscami był po prostu nudny.

Brzydota mnie nie szokuje, krew ani kopulacyjne ruchy na scenie – też nie. Nie oburza mnie to, ale uważam, że musi mieć to sens. Lubię też eksperyment w teatrze, ale akurat ten do mnie nie trafił. Myślę jednak, że, o dziwo, zapamiętam „Sonatę widm”. Po wyjściu z tatru długo o niej dyskutowaliśmy. Można więc powiedzieć, że sztuka spełniła swoją funkcję, bo zmusiła nas do refleksji.

Czy polecam? Raczej zostawiam to Waszej decyzji. Ja na pewno drugi raz bym nie poszła.

A Wy lubicie eksperymentalne sztuki? Czy omijacie je wielkim łukiem?