Chciałabym Wam opowiedzieć o moim poprzednim tygodniu, ale jeżeli chodzi o wizytę w Szczecinie na Oddziale św. Mikołaja, muszę się uporać z emocjami i poukładać wszystko w głowie. Nie było łatwo. Miałam wrażenie, że weszłam w świat Mrówki, Szpilki i Pati. I co najgorsze, miałam wrażenie, że widzę Mrówkę… Trudne to było. Nie chcę do tego wracać myślami, przynajmniej nie teraz.

Spotkania autorskie oczywiście były cudowne. I w Szczecinie, i w Stargardzie, i w Dolicach. Wszędzie miłe przyjęcie i cudowna atmosfera.

W tym roku został mi jeszcze jeden wyjazd – do Malborka. Spotykam się z dzieciakami z domu dziecka.

To był bardzo pracowity miesiąc.

Chyba najbardziej to przeżył Nutuś. Przecież tego nie robi się kotu! Od naszego powrotu nie można się od niego odkleić. Najgorsze jest to, że w nocy staje nade mną i płacze, żeby go przytulić. Normalnie jak dziecko. Wtula się i śpi, a ja nie mogę się ruszyć, bo przecież kotka obudzę.

Ponadto znów zaczął się drapać, więc trzeba było podać mu tabletki. Kiedyś dawałam mu z pasztetem dla kotów. Zjadał z apetytem. Teraz jednak Nutuś nie może przysmaków, więc trzeba było inaczej pokombinować. Wybrałam więc najbardziej hardcorowy (według internetów ;-) ) sposób. Pominęłam tylko wszelkie rękawice i ręczniki, które miały mi pomóc w utrzymaniu kota. Przecież to Nutuś, a nie tygrys bengalski. Wzięłam go na kolana, otworzyłam mordkę, wsadziłam tabletkę nie za głęboko, z boku, zamknęliśmy kocią paszczę. Pogłaskałam delikatnie go pod brodą. Nutuś przełknął tabletkę i po kłopocie. Normalnie idealny z nas team. Zrobiłam to już trzy razy i Nutuś ciągle przede mną nie ucieka.

A u Was pewnie przygotowania do świąt idą pełną parą!