Przygotowania do świąt w naszym domu posuwają się z szaloną prędkością, typową dla dynamiki żółwia stepowego. Ważne jednak, że kierunek jest odpowiedni. Posuwamy się. (Też macie kudłate skojarzenia w tym momencie?)

źródło pixabayOprócz przygotowania wszystkiego na stół wigilijny mam założenie, by skończyć pisać książkę, która ma się ukazać jesienią 2018 roku. To priorytet, bo jak rodzina się zjedzie, to nie będzie szans na pisanie, a pieroga zawsze wspólnie dokleić można. Zostało mi jeszcze z czterdzieści tysięcy znaków do napisania. Góra trzy dni.

Ostatnio zresztą stwierdziłam, że nie dam się zwariować i funkcjonuję sobie w odpowiednim tempie. Od końca października chodzę na ćwiczenia (zdrowy kręgosłup) połączone z jogą. Odkryłam w nich kapitalny sposób na radzenie sobie z fochami Babci. Mamy obecnie ciche dni. Seniorka się obraziła, bo nie pozwoliłam jej wyprasować firan. Ze skargą obdzwoniła pół rodziny, płacząc w słuchawkę i rozsiewając teorie spiskowe na mój temat. A że pilnuje żelazka niczym cerber, zawsze dochodzi do spięcia, gdy ja chcę coś uprasować. Kompletnie tego nie kapuję, tym bardziej że kilka rzeczy zostało już zniszczonych przez Żelaznego Szopa Pracza z żelazkiem w ręku.

Chodzę więc na ćwiczenia i oddaję się relaksowi dwa razy w tygodniu. (Jak mantrę powtarzam, że nie dam się sprowokować babci po powrocie do domu.) Wychodzę z sali niczym młody bóg. Muzyka i odpowiednia konfiguracja nóg i rąk działają cuda. Śmieszne uczucie tylko, kiedy zwisam głową w dół. Policzki mi zjeżdżają na oczy. Grawitacja to jednak ma moc, stwierdzam. Zawsze mnie rozśmiesza. Naciąga moją skórę tu i tam w zabawny sposób. Być może niedługo sobie co nieco przydepnę.

A tymczasem spokój i relaks… Nie można dać się zwariować.