Bez kategorii

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Ostatnio po sporej przerwie udało mi się skorzystać z komunikacji miejskiej. Była to poranna godzina, więc prawie wszyscy ludzie w wieku produkcyjnym znajdowali się w pracy, a dzieci i młodzież w szkole.

Jazda autobusem przypominała więc pobyt na oddziale geriatrycznym i wcale nie piszę tego złośliwie. Jak wiecie mam wprawę w opiece nad starszymi ludźmi, więc w jakiś sposób poczułam się odpowiedzialna za współpasażerów. Sama potem się z siebie śmiałam, bo rzucałam się do pomocy każdemu. Najpierw koniecznie chciałam pomóc kobiecie, która próbowała usiąść na swoim chodziku, a ten kompletnie jej nie słuchał i się odsuwał, kiedy ona swoje półdupki próbowała wcisnąć na siedzenie. Wreszcie jednak udało się nam zakończyć tę akcję sukcesem. Potem jeden staruszek potknął się, wsiadając do autobusu, więc rzuciłam się w odruchu, by go ratować. Tu nie zdążyłam, bo za nim wsiadała młoda kobieta, więc pomogła. Stałam na środku, obok mnie dwa chodziki. Wszyscy staruszkowie siedzieli. Śmiesznie mi się zrobiło, bo naprawdę byłam gotowa do pomocy każdemu. Może to mieszkanie z babcią mnie tak pobudziło do pomocy. Kto wie?

Dla odmiany jednak trzy przystanki dalej wsiadły dzieciaki. Na oko gimnazjum. Zrobiły sobie wagary od szkoły, bo głośno to komentowały. Zbuntowana młodzież, gniewna, prowokacyjnie nastawiona do świata. Dziewczyna wyjęła Więcej >

Juuupi!

Huuura!!! Jajo wróciło! Po wielu przygodach dotarło do domu!

Apokaliptyczny widok

Wczoraj wypadła mi nieoczekiwana wycieczka do Kołobrzegu. Sławek miał służbowy wyjazd, więc zabrał mnie na przejażdżkę.

Kołobrzeg znam dość dobrze, bo, jak wiecie, do niedawna mieszkałam w Zachodniopomorskiem, więc tamtejsze okolice zwiedziłam w miarę dokładnie. Miałam na to równiutko czterdzieści lat.

Dlaczego o tym piszę? Przejeżdżaliśmy koło Chojnic, o których ostatnio było bardzo głośno w związku z nawałnicą, która przeszła przez Polskę. Widziałam zdjęcia w telewizji. Jedna z blogerek na FB pisała o zniszczeniach w jej rejonach. Podała numer konta gminy, bo oczywiście wszelka pomoc była wskazana. Wpłaciłam tyle, ile mogłam. Bardzo współczułam mieszkańcom tych terenów, ale przyznam, że do końca nie zdawałam sobie sprawy z ogromu zniszczeń. Nie umiałam sobie wyobrazić tysięcy hektarów lasów położonych przez nawałnicę.

Kiedy jechaliśmy drogą, wzdłuż której drzewa połamane były niczym zapałki, oniemiałam. Naprawdę brakło mi słów do opisania tego, co widziałam. Lasy zmienione zostały w wielkie pobojowiska. Skóra ścierpła na ten widok. Tam ciągle wszystko wygląda przerażająco. Niektóre domy są wciąż bez dachów, nakryte foliami czy jakimiś plandekami. Widok iście apokaliptyczny.

Milczeliśmy ze Sławkiem. Przerażenie było zbyt duże. Zrobiłam kilka zdjęć z samochodu, by zapamiętać ten widok. To uczy pokory. Człowiek niszczy przyrodę, dewastuje Ziemię, nie zawsze zdając sobie sprawę ze skutków tego, co robi. A natura Więcej >

Oswajanie siebie

Słońce i lato zawsze mnie pod koniec sezonu przyprawiają o dreszcze. Nie wiem, czy to normalna reakcja, ale przerażają mnie ciemne plamy od słońca. Przybywa ich co roku. I nieważne, czy smaruję gębę kremami z filtrami czy nie, to i tak zawsze jakaś nowa się pojawi. Brrr. Czasami mam ochotę użyć wybielacza. I kiedy tak jęczę i stękam Sławkowi, że znów mam gębę piegowatą, on dodaje z beztroską w głosie:

− Czas się z nią oswoić.

− Łatwo powiedzieć – mruczę i znów patrzę z przerażeniem w lustro, ale gdzieś te słowa Sławka we łbie zostają. No durny czerep, jak nic. Myślę sobie jednak, że tak oswajałam się z wieloma rzeczami. Pierwsze były kręcone włosy. Nie pomagało żelazko. Próbowałam też wałków, na zasadzie jak nie kijem to młotkiem. Wydawało mi się, że jak je zakręcę w drugą stronę, to się rozprostują. Proste nie? Ale nieskuteczne. Wreszcie kiedy wymyślono prostownicę, poszłam do fryzjerki. Wyprostowała mnie jakbym wyszła spod magla (z krochmaleniem włącznie). Dumna byłam jak paw. Co prawda w szkole nie szło poprowadzić lekcji, bo dzieciaki tylko pytały o włosy, ale cudne uczucie. Fajnie jednak było do momentu, gdy nie zobaczyłam siebie na zdjęciu. Wtedy z pokorą trzeba było stwierdzić, że natura wie, Więcej >

Wiosna idzie!

Wreszcie wyszłam z domu! Po tygodniu leżenia udało mi się w końcu wyjść na świeże powietrze. A tam słońce! I wiosna w powietrzu! I ptaszki świergoczące! A żebyście widzieli, jak szłam! Gęba mi się uśmiechała. Jakoś tak lekko moje ciało unosiło się nad ziemią, choć przyznam po kilku minutach czułam się już lekko spocona. Pozostałości choroby dawały jeszcze o sobie znać. Ale poszłam! Ba! Prawie poleciałam. I nie wiem, czy ta moja uśmiechnięta facjata, czy wiosna w powietrzu, ale ludzie byli jacyś mili. A to mi pani na przystanku opowiedziała historię swojej choroby, pokazała wypis ze szpitala. Ja oczywiście z uwagą słuchałam, uśmiechałam się dalej, ale w myślach robiłam a kysz-a kysz do wszystkich bakterii i wirusów, które moja rozmówczyni mogła mieć na sobie. Oczyma wyobraźni widziałam jak te mikroby dokonują abordażu na moje zwątlone chorobą ciało.

Potem co chwilę ktoś mnie o coś pytał na ulicy albo prosił o przysługę (na przykład przeczytanie, bo akurat zapomniał okularów). A mnie jakoś tak od środka świergotało radośnie.

Poszłam do sklepu kupić Nutusiowi trochę przysmaków, bo przecież dzisiaj Dzień Kota!

I przyznam, że w sklepie się zawiesiłam. Z tej radości, że wreszcie mogłam połazić po dworze, zapomniałam, że przecież jakiś obiad trzeba sprawić. Koncepcji nie Więcej >

Tajemnicze przesyłki

Pisałam jakiś czas temu, że Nutuś został wybrany do testowania kocich produktów. Sklep NaszeZoo.pl przysłał naszemu celebrycie prezencik. Radość kota oczywiście była wielka, choć przyznam, na widok zawartości paczki lekko mnie zmroziło. Wróciło wspomnienie. Raz kiedyś kupiłam Nutusiowi silikonowe kulki do kuwety. Za żadne skarby nie chciał się w niej załatwić, więc narobił mi na łóżko. Żebym miała jasność przekazu, zrobił siku i dwie kupy. Oczywiście przekaz zrozumiałam. Nigdy więcej silikonu w kuwecie. A teraz w paczce do testowania Nutuś dostał właśnie ten wynalazek. Bogatsza w doświadczenia dosypywałam mu to do tradycyjnego żwirku i na szczęście Nutuś kuwety nie zbojkotował. W dodatku przyjechali moi rodzice ze swoją kotką, a ta oczywiście bardzo chętnie skorzystała z Nutusiwej toalety.

Z silikonu mój kocur był zadowolony bardzo umiarkowanie, ale za to z paszteciku, który dostał, był usatysfakcjonowany w pełni. Zdziwił mnie. Od weterynarza Nutuś dostał jeszcze sześć tabletek. A więc w sumie wszystkich było piętnaście. Opracowaliśmy więc genialny plan połykania. Codziennie inny smakołyk i tabletka pożarta. Co prawda Nutusia nie obchodziło to, skąd codziennie wezmę mu nowy przysmak i jak to odciśnie się na domowym budżecie, nie jego wina przecież, że trzeba brać tabletki. Ale okazało się, że pasztet w tubce to jakiś wyjątkowy przysmak, Więcej >

Schizofreniczne czasy

To, co się dzieje w ostatnich dniach w kraju, w Europie i na świecie, przyprawia o gęsią skórkę. Nawet nie wiadomo, jak to komentować, bo wszelkie słowa, które ma się ochotę wypowiedzieć, brzmią strasznie banalnie. Z jednej strony gorączka przedświąteczna, magiczny klimat w domu, a kiedy włączy się telewizor, radio czy komputer, to wiadomości nie pozwalają cieszyć się tym niezwykłym czasem. Aż strach pomyśleć, dokąd to wszystko zmierza.

Pozwólcie więc, że ten jeden dzień pomilczę.  Ja wiem, że powinniśmy żyć normalnie, nie dać się zastraszyć, nie dać się wpędzić w paranoję i nie dać ponieść złym emocjom, a jednak nie jest to łatwe. Żyjemy w jakichś schizofrenicznych czasach.