muszka 002

Podróż do przeszłości

Dzisiaj zaniedbałam bloga. W domu mamy niezłe zamieszanie: pies i dwa koty. Koty raczej nie darzą się sympatią. Mój biedny kocurek chodzi po domu i płacze, żali się na kotkę, która przyjechała do nas z moimi rodzicami. Trzeba przyznać, że niezła z niej zołza, czuje się jak u siebie i przegania z kąta w kąt mojego Nutusia. Co prawda pozwala mu jeść z miski jako pierwszemu, ale wszędzie go wytropi i pogoni. Biedak kryje się przed nią w pokoju córki, która na tę okoliczność chętniej wpuszcza go do siebie. Jak już tam wlezie, leży na łóżku i stara się odespać, ile się da. Pies na to spogląda z pobłażaniem. Czasami tylko rozgoni kocie towarzystwo i przywróci porządek. Ten mój kot to taka sierotka, jedyne, co umie, to żalić się, więc człapie po domu i ryczy, ale tak jakoś smutno, z rozpaczą. Dzisiaj z rodzicami miałam odbyć sentymentalną podróż w przeszłość mojej mamy. Nie utrzymywała kontaktu z rodziną swego biologicznego ojca, bo jej mama przeklęła całą rodzinę. Zawsze to był temat tabu. Nie znam swojego prawdziwego dziadka i niestety już nie poznam, bo zmarł kilka lat temu. Mama chciała jednak odwiedzić dzisiaj jego brata, wujka, którego poznałam, jak miałam około trzech Więcej >

„Siła fatalna”

Dziś się nie wyspałam. Gniotła mnie w nocy jakaś „siła fatalna”. Proszę nie wiązać tego z moim mężem. To jakaś siła wewnętrzna, jakby jakiś Dusiołek siadł mi na piersi. Gniotło mnie to coś i gniotło, aż w końcu się „urodziło”. Mąż w nocy zapalał lampkę, żebym mogła zapisać swoje genialne spostrzeżenia, które wyszły prosto z mojej duszy. Oj, męka taka, jak człowieka gniecie! A dlaczego gniotło? Tutaj jednak trzeba skojarzyć to z moim mężem, choć nic nieprzyzwoitego to nie będzie. Mój kochany mąż tak we mnie wierzy, że podsunął mi myśl, żebym wzięła udział w konkursie na mini słuchowisko organizowanym przez radiową „Jedynkę”. Najpierw chciałam postukać się w głowę. Ja i słuchowisko? Do tego dziś ostatni termin nadsyłania prac. Ale po namyśle: Jak to ja nie dam rady? Jak nie dam, jak dam. Mąż nawet sprawdził mi regulamin. Do wygrania laptop i 300 zł. Dla kury domowej to nie lada gratka, więc zaczęłam intensywnie myśleć. Myślałam i myślałam, wytężałam wszystkie szare komórki, aż w końcu tak się nakręciłam, że nie mogłam zasnąć, bo coś tam w głowie kiełkowało, ale nie dawało się zwerbalizować. Dusiło, gniotło aż w końcu wylazło. Po przelaniu na papier wyglądało nawet przyzwoicie. Pomysł wydał mi się Więcej >
ciacho czekoladowe 010

Czekoladowy afrodyzjak

Upiekłam wczoraj świetne ciacho. Przepis znalazłam na „Moich wypiekach”. Trochę go jednak „udoskonaliłam”, to znaczy bardziej dopasowałam do smaków mojej rodzinki oraz do zawartości „spiżarni”. Ciasto niezwykłe, bo piecze się je bez mąki, ale z dużą ilością czekolady. Nawet bałam się, że może nie wyjdzie, bo jak bez mąki? Ciasto nazywa się „Potrójne musowe ciasto czekoladowe”. Ja nazwałabym je „Czekoladowym afrodyzjakiem”, bo takiej ilości czekolady trudno się oprzeć. Pyszne pewnie o każdej porze roku, ale zimą, kiedy brakuje słońca, taka dawka endorfin w postaci czekolady przyda się każdemu. Składniki na ciasto czekoladowe:
  • 85 g masła
  • 200 g gorzkiej czekolady, posiekanej (dałam 100g)
  • 3/4 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 1,5 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 4 duże jajka, białka i żółtka osobno
  • 1/3 szklanki jasnego brązowego cukru (zastąpiłam go trzcinowym, bo akurat taki miałam)
  • szczypta soli
Miałam tylko jedną gorzką czekoladę i też się udało. Wydaje mi się, że było nawet wystarczająco czekoladowe. Masło, posiekaną drobno czekoladę, kawę roztopiłam w kąpieli wodnej. Później lekko przestudzić. Do masy dodałam żółtka, cukier waniliowy (nie miałam ekstraktu z wanilii), dokładnie wymieszałam. Oddzielnie ubiłam białka ze szczyptą soli, na sztywną masę. Dodałam cukier (powoli). Potem to wszystko wymieszałam delikatnie z musem czekoladowym. Piekłam w tortownicy o średnicy 24 cm Więcej >
jarmark gdańsk 004

Gdańsk

Wczoraj wróciłam bardzo późno z Gdańska. Plan zrealizowałam. Odwiedziłam Jarmark Bożonarodzeniowy. Było pięknie, choć chyba jednak gorzej niż w Warszawie. Pomimo tego, że przestronniej, więcej miejsca na Targu Węglowym, to mało straganów. W dodatku większość z odzieżą, szalikami, czapkami, ale niestety masowej produkcji, w dodatku pewnie chińskiej. Były  chyba ze trzy stoiska z perfumami udającymi znane marki. Ale były też miejsca klimatyczne, pachnące świętami: stragan z góralskimi wyborami, z regionalnymi wędlinami (chyba wileńskimi, nie pamiętam), z owocami w czekoladzie. Dodatkowo, jak to w święta, można było kupić grzane wino, pieczone kasztany. W byłej zbrojowni natomiast znajdowały się stragany z rękodziełem. Dodatkowo można było tutaj obejrzeć wystawę choinek z różnych tworzyw: ze styropianowych sześcianów, z tektury,  z kartonu, ze światełek, nakrętek itp. Dla dzieci przygotowano bajkowe zakątki. Pomysł ciekawy. Ciepło, bardzo przytulnie i świątecznie, można było posiedzieć i wypić kawkę. Pojechałam na jarmark z nastawieniem, że kupię w końcu jakieś świąteczne ozdoby. Oczywiście nic nie kupiłam, bo nie mogłam się zdecydować i w zasadzie nic nie powaliło mnie na kolana. Problem tylko w tym, że ja nie wiem, czego szukam. Mam taki problem ze sobą. Odwiedziłam Neptuna. Postawiono obok niego olbrzymią choinkę i drewnianą szopkę. Cudnie to wygląda na tle gdańskich Więcej >
kościerzyna 012

Kaszuby

Mój mąż znów zabrał mnie na przejażdżkę. Tym razem Kościerzyna. Miasto to kojarzyło mi się zawsze z Kaszubami. Ponadto nieraz słyszałam, że pretenduje do miana nieoficjalnej stolicy Kaszub (oficjalną jest Gdańsk). Wiedząc, że Kaszubi bardzo mocno dbają o tradycję, o swój język, jechałam tam z nastawieniem na oglądanie tego, co regionalne. I tu rozczarowanie. Nawet nazwa miejscowości była tylko po polsku, a przecież już nieraz widziałam w tym rejonie podwójne nazwy: w języku narodowym i kaszubskim. Jednak w Kościerzynie tego nie było. Zrobiliśmy sobie mały spacer po rynku kościerskim. Malutki, bardzo skromny z choinką prawie po środku. Rynek jak wiele takich w Polsce. Wokół kamieniczki, w których znajdowały się sklepy, muzeum i restauracje. Nic, co by dawało sygnał, że jestem na Kaszubach. Weszliśmy z mężem do restauracji. Ja z nadzieją, ze może coś regionalnego podpatrzę, typowo kaszubskiego. I tu znów rozczarowanie. Menu jak zwykle: pizza, zupy i dania obiadowe najzwyczajniejsze na świecie. Wszystko napisane po polsku, czyli nawet tutaj nie można było się zetknąć z gwarą kaszubską. Jedyne, co znalazłam, to w Urzędzie Miasta gazetka promująca region. I tam faktycznie słowniczek najpotrzebniejszych zwrotów kaszubskich, mapa regionu i informacje o tym, co warto zobaczyć, o dziwo, nie była tam wymieniona Kościerzyna. Więcej >

Pan karp

Pan Karp Oczywiście nie kupiłam wczoraj żadnego świątecznego stroika. Nie mogłam się zdecydować. Był dość duży wybór, ale nie było miłości od pierwszego wrażenia, więc się nie zdecydowałam. Ponadto ceny czasami zwalały z nóg. Trochę sprzedawcy przesadzają. Jutro wybieram się w podróż do dużego miasta na Jarmark Bożonarodzeniowy. To sobie z moim jajem poszalejemy. A co! Rodzice też odłożyli przyjazd do nas na wtorek. A już miałam jutro piec jakieś ciacho, dobrze, że się nie rozpędziłam, bo z wielką blachą mój mąż by sobie nie poradził. A tak zrobię mu jakieś maleństwo, a większe upiekę dopiero w poniedziałek. Mój tatuś też lubi słodkie. Bez ciacha kawka mu nie smakuje. Mama zapowiedziała, że się odchudza, bo w nic nie może się zmieścić. Będzie mi raźniej, bo jak tu nie jeść, jak inni pałaszują ze smakiem. We dwie damy radę. Zakupów świątecznych jeszcze też nie zrobiłam. Zapytałam wczoraj męża, co by zjadł dobrego, bo ja jako dobra, kochająca żonka, jestem wstanie spełnić jego zachciankę. A mój mąż, jak to on, stwierdził, że co zrobię, to będzie dobrze, że jemu nie stanowi to różnicy. Już chciałam pogrozić mu szpinakiem, ale się opanowałam. Przecież wiem, że on pod tym względem nie jest wymagający. Mama Więcej >
oale 001

Zima

Za oknem piękna zima. Nawet miałam wrażenie, że wyjdzie słońce. Jednak nie, postanowiło schować się za chmurami. Wygląda tak, jakby za chwilę miał znów padać śnieg. Pięknie wyglądają drzewa w takiej szacie zimowej. Chyba dzisiaj pójdę na spacer. Muszę odebrać prawo jazdy i być może zakupię do domu jakieś świąteczne ozdoby, bo jakby czas ku temu. Wczoraj zawiesiłam lampki na balkonie. Sąsiedzi już powoli ruszają z ozdabianiem domów. Ma to swój urok. Taka zaśnieżona uliczka i domki pięknie świecące kolorowymi barwami połyskującymi w śniegu. Pięknie. Jeszcze zawieszę lampki na jednym drzewku i być może, jeżeli dosięgnę z drabiny nad drzwiami na belce. Będzie świątecznie. W domu jeszcze zwyczajnie. Najpierw trzeba posprzątać. Choinka stanie chyba tylko u córki w pokoju, bo ona chce mieć dużą i pachnącą lasem, a miejsca ma dosyć. My, niekoniecznie, bo się będzie cholera sypała. Raczej myślałam o jakimś stroiku, świeczkach i czymś w tym stylu. Poczłapię dziś do miasta, rozejrzeć się za czymś pięknie świątecznym. W piątek mam zamiar odwiedzić Jarmark Bożonarodzeniowy, dokończymy z córką zakup prezentów. W niedzielę przyjeżdżają moi rodzice z psem i kotem. Będzie pełna chata. Popieczemy ciacha (jeszcze nie mam planu) i wtedy w takim pachnącym domu będzie można świętować. Mamy jeszcze Więcej >
Tczew 007

Kura na wycieczce

Wiadomo, że najlepsze jajka są od kury wolnochodzącej. Dlatego mąż zabrał mnie na wycieczkę, dał mi trochę pooddychać innym powietrzem, bezkarnie pogderać i pogrzebać pazurkiem. Co prawda jajek nie oczekujemy, wręcz byłyby już nie wskazane, ale kurka szczęśliwa, to w domu milej. Zabrał mnie do Tczewa. Miasta świętej pamięci Grzegorza Ciechowskiego – lidera zespołu „Republika”. Niedawno w tym mieście na cześć wokalisty postawiono pamiątkową lokomotywę w barwach Republiki. Młodszemu pokoleniu wyjaśniam, że są to czarno-białe paski.    Pojechałam, zobaczyłam i zrobiłam zdjęcia. Lokomotywa jak lokomotywa. Wielka, majestatyczna i prawie jak zebra. Pewnie większego środka lokomocji nie znaleziono. Miły gest w stosunku do Republiki, przyciągnie fanów, a miastu pomoże się promować. Dobrze jest, gdy miasto może pochwalić się jakimiś znanymi nazwiskami, to na pewno przyciąga. Mnie jednak od razu przypomniał się wiersz Cypriana Norwida „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie”. Pojawił się w wyobraźni obraz, jak to Ateńczycy otruli najpierw Sokratesa, a potem mu postawili złotą statuę. Co prawda Ciechowskiego nikt z mieszkańców Tczewa nie otruł, ale podobno (tak mówią miejskie legendy) kiedy, jako młody człowiek, chciał założyć zespół muzyczny w tutejszym domu kultury, to go pogoniono, bo muzyka nie taka, jakiej oczekiwano. Pewnie tragedii z tego nie było, bo przecież w końcu Więcej >

Atlas chmur

Wróciłam z Warszawy. Za oknem zima. Cieszę się, że następny zjazd dopiero za miesiąc. Nacieszę się domowym ciepełkiem. W sobotę, by nie siedzieć samotnie w akademiku, poszłam do kina. Wybór filmów takich, które odpowiadały mi godzinowo, był niestety niewielki. Padło na „Atlas chmur” oparty na książce Davida Mitchella. „Dzieło” opowiada różne historie bohaterów z różnych zakątków ziemi w różnym czasie. Wątki prowadzone są symultanicznie. Pomysł oryginalny, choć na pewno nie nowy. Głównym problemem w filmie są ludzkie losy, to że człowiek nie rodzi się raz, że nasze dobre i złe uczynki kształtują naszą przyszłość itp. Trochę to takie pseudofilozoficzne teksty podane widzowi wprost w dialogach, czyli nie trzeba się wysilać. Ponadto reżyserzy filmu użyli tu chyba wszystkich możliwych gatunków: jest kryminał z lat 70 XX w., jest przygoda, „mordobicie”, pościgi, fantastyka (jeden z wątków dzieje się w dalekiej przyszłości), romans, dramat, groteska itp. Nie wiem, czy każdy tam miał znaleźć coś dla siebie? Film jest bardzo długi, po 150 minutach opuściłam kino, bo po godzinie w zasadzie miałam dość. Film w stylu „prawda nas wyzwoli”. Nie lubię dialogów, które silą się na życiowe sentencje. To takie właśnie pseudofilozofowanie, jakby widz był totalnym idiotą. Efekty specjalne na miarę kina amerykańskiego. Widać Więcej >

Szrlotka

Dziś będzie krótko i bez zdjęć. Moje jajo pożyczyło ode mnie kartę do aparatu, więc nie mogłam przygotować wizualizacji dzisiejszego wpisu (Kasiu, wybacz). Tak jak pisałam wczoraj, upiekłam ciacho – szarlotkę. Miała być taka spod samiuśkich Tater, ale w przepisie była mąka krupczatka, której nie posiadałam, a nie chciało mi się wracać do sklepu. była więc taka bardziej „na oko”. Ciasto kruche przygotowałam jak zwykle: mąka, żółtka, cukier, troszkę kwaśnej śmietany, proszek do pieczenia i cukier waniliowy. Pogniotłam, pogniotłam, wrzuciłam na godzinę do lodówki, a potem upiekłam najpierw spód. W tym czasie jabłka starłam, poddusiłam (bez cukru, bo były słodkie), potem dodałam do tych podduszonych dwa jabłka pokrojone w kostkę i przyprawiłam cynamonem. Wyłożyłam na wystudzony spód. Resztę ciasta rozwałkowałam i położyłam na wierzch. Potem znów do piekarnika. I tu zaczęły się problemy, bo nie chciało mi się dobrze upiec od góry. Niby wyglądało na upieczone, ale jak ukroiłam kawałek, by dogodzić mężowi po ciężkim dniu pracy, okazało się, że lekko surowe, więc znów ciepnęłam je do pieca i potrzymałam z 20 minut. Chyba w końcu się dopiekło, nawet nie widać, że był falstart. Mąż stwierdził, że smaczne. Miał szarlotkę na gorąco. Szkoda, że nie kupiłam mu do niej lodów Więcej >