O pięknie

Wczoraj zamieniłam się na chwilę w szwaczkę. Skróciłam i podłożyłam sobie dwie pary spodni… Nie o tym jednak chciałam pisać… Wokół bombardują nas ofertą świąteczną. „Upiorne” Mikołaje zaczynają pojawiać się na witrynach sklepowych. Rosną stosy ozdób świątecznych na półkach sklepowych jak grzyby po deszczu. I jak tu nie bronić się przed tym sztucznie wywoływanym nastrojem świątecznym? Jest listopad. Nie chcę jeszcze czuć świąt, bo kiedy one w końcu nadejdą, będą opatrzone, nudne, ozdoby świąteczne mocno zakurzone. A jednak uległam. Wczoraj coś mnie natchnęło. Kiedy otworzyłam swój kuferek z resztkami tkanin, znalazłam czerwony i zielony filc. I od razu zaświeciła mi się lampka. To zadziałało jak przekaz podprogowy. Uszyłam opakowanie na prezent świąteczny. Dałam się wciągnąć. Mam jednak nadzieję, że to chwilowa słabość. Postanowiłam, że zabawę w nastrój świąteczny zaczniemy z córką od 06 grudnia, żeby właśnie się nie znudziło. Oczywiście choinka będzie później, ale wcześniej trzeba zawiesić lampki przed domem. I w to mam zamiar zacząć się bawić po mikołajkach. Ciekawa jestem, czy na mojej ulicy jest jakiś nieformalny konkurs na to, kto lepiej i bardziej „na bogato” przystroi dom? Okaże się. Chciałam jeszcze dzisiaj podzielić się wrażeniami czytelniczymi, bo dawno nie pisałam, co aktualnie czytam. Jestem w trakcie lektury Więcej >

Spełniam się kulinarnie :)

Zamieszczam zdjęcie wczorajszego serniczka „w przekroju”. Zrobiłam do niego jeszcze polewę. Chciałam, żeby była słodziutka. Rozpuściłam pół białej (dobrej) czekolady z 3 łyżkami śmietanki. Dodałam do tego 2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny dla przełamania smaku. Potem rozsmarowałam na serniku. Mężowi takie połączenie bardzo smakowało. Trochę inaczej niż planowałam wyszedł mi wczorajszy obiad. Prasowanie, odkurzanie pochłonęło tyle czasu, że poszłam na łatwiznę. Piersi z indyka przyprawiłam ziołami, solą i pieprzem. Pokroiłam na średniej wielkości kawałki, skropiłam oliwą z oliwek. Zrobiłam też przegląd lodówki. I wszystkie warzywa, jakie znalazłam pokroiłam na cząstki. Znalazły się tu: por, brokuły, 2 ząbki czosnku, pomidor i dodatkowo dwie pieczarki. Wrzuciłam mięso do naczynia żaroodpornego, do tego dołożyłam warzywa i pieczarki, lekko posoliłam. Posypałam też świeżymi ziołami: oregano, bazylia i trochę zielonej pietruszki. Znów skropiłam to oliwą z oliwek. Naczynie żaroodporne nakryłam folią aluminiową i wstawiłam do piekarnika. Dzięki temu, że obiad piekł się i nie wymagał mojej interwencji, mogłam zająć się porządkami. Po 45 minutach danie było gotowe. Wyszło smaczne. Stanowczo stwierdzam, że to powtórzę. Muszę kupić cukinię i bakłażana. Też zapiekę je z jakąś piersią drobiową. Indyk do tego nadaje się świetnie, nie jest suchy. Dzięki warzywom jest soczysty. Smaki pięknie się mieszają. Więcej >

Serniczek

Dziś dużo pracy, ale takiej zwykłej, codziennej. Stos prasowania, odkurzanie… Zaraz trzeba będzie wstawić jakiś obiad. Córka zażyczyła sobie zupę pomidorową, więc ugoruję. Na drugie danie coś lekkiego. Mam piersi z indyka. Przyrządzę je na parze. Do tego wrzucę jakieś warzywa. Potem też na parze przygotuję brokuły. Będzie lekko i zdrowo. Ale na deser mój kochany mąż musi mieć ciacho. Córka zadowoli się byle czym, oby było słodkie. W tej dziedzinie nie jest smakoszem. Zrobiłam sernik. Ostatnio stwierdziłam, że serniki są bardzo proste w przygotowaniu. Mam świetny przepis: 0,5 kg sera zmielonego, do tego 1 żółtko, 1 jajo, 1 łyżka mąki, cukier waniliowy, 1 łyżka soku z cytryny, 100 ml śmietany (18%) i 100 g cukru. Wszystko szybko zmiksowałam i wylałam na przygotowany spód. Spody do serników ostatnio robię równie prosto. Kruszę czekoladowe ciasteczka BelVita, rozpuszczam łyżkę masła. Wszystko mieszam, a potem wykładam na spód tortownicy (wcześniej wykładam go folią i dopiero zamykam klamrę boków, żeby ciasto nie przeciekało, bo jest dość rzadkie). Przepis jest na mały serniczek, na małą blaszkę. Moja tortownica miała chyba z 18 cm. Sernik piekę na parze. Nigdy się nie przypali, ma ładny biały kolor. Po schłodzeniu w lodówce jest delikatny w konsystencji, wilgotny. Mój Więcej >
nutus kiler

Kiler

A oto mój kot-kiler. Kot zwycięzca. Na jego mordce widać tryumf. Zdjęcie mąż robił przez okno, więc może nie jest zbyt dobre jakościowo, ale nie mógł otworzyć drzwi, bo kot od razu pakował się z ptakiem do domu. Nie chciał oddać swojej zabawki. W jego imieniu przepraszam wszystkich miłośników ptaków.

Maliny

Jak wróciłam z uczelni czekała na mnie niezwykła niespodzianka. Kolejne zwłoki. Mój eunuchowaty kocur upolował pierwszego w swoim życiu ptaszka. Ofiarą była sikorka. Mąż opowiadał, że trudno mu było zabrać ptaszka. Kot bawił się tak długo, aż ptaszek się zepsuł. I taki zepsuty leżał sobie na tarasie i czekał na mnie. Tatuś byłby ze mnie dumny. Wykopałam dziś dołek pod maliny (3m na 0,50m). Obłożyłam zgodnie z instrukcją tatusia z jednej strony deską, co by maliny powstrzymać przed ewentualną inwazją na ogródek. Z drugiej strony jest murek betonowy i płot. W zasadzie mąż się zadeklarował, że przekopie, bo u nas krzaczorów, perzu i różnych pędów od groma i trochę. Jednak unoszący się w powietrzu (już na szczęście) lekki smród lakieru wygonił mnie z domu. Zamiast siedzieć bezczynnie poszłam sobie pokopać w ramach gimnastyki. I tak mi się spodobało, że przekopałam więcej niż planowałam. Taki ruch na świeżym powietrzu dobrze mi zrobił. Kiedy mąż wrócił z pracy, wsypaliśmy odpowiedniej ziemi, lekko odkwaszonej i posadziliśmy trzy krzaczki malin, a między nie fiołki, które też przywiozłam od tatusia, jakby inaczej. Kwiaty fiołków będą wykorzystane w przyszłości do bezy. To jadalna odmiana. Ładnie się prezentują i dają świetny aromat. Tutaj mama udzieliła mi odpowiedniej Więcej >
podłoga 005

Na mózg mi się rzuciło

Żyję! Ale co to za życie! Już z samego ranka dzwonek do drzwi i panowie przyszli dopucować podłogę. Ledwo ściągnęłam się z łóżka. Przed siódmą to nieludzkie. Teraz znów siedzę w oparach lekierowego smrodku. Czekam aż skończą, żeby wyjść z domu. Wywietrzyć płuca. Tak siedzę i myślę, choć nie wiem, czy w tych oparach jest to możliwe. A może dlatego to robię, że właśnie na mózg mi się rzuciło, a ten pobudzony do działania, pracuje na większych obrotach. Kto wie. Siedzę i stukam w klawiaturę, a tuż za rogiem czają się panowie w maseczkach. Tak siedzę i myślę. Podsumowuję i stwierdzam, że życie tak zwanej kury domowej nie jest proste. Ci, którzy mówią, że ogólnie ptaki mają mały rozumek, nie wiedzą chyba do jakich rzeczy jest zdolne takie ptactwo domowe. Kiedyś też wydawało mi się, że w domu to nuda, nic się nie dzieje. Czasami człowiek polata na szmacie i tyle. Nic bardziej mylnego. Tutaj trzeba być gotowym na wszystko, mieć szeroki wachlarz umiejętności, bogatą wyobraźnię. Dlaczego? Sprawa prosta. To, że trzeba sprzątać, prać, prasować, gotować i piec, to oczywiste. Ale jeszcze do tego dochodzą małe remonty, w zasadzie prace wykończeniowe. Malowanie drzwi i ścian, odnawianie szafek, wbijanie gwoździ, szycie Więcej >
drzwi 007

Lakierowanie

Dziś najpierw hałas z powodu cyklinowania, a potem smrodek lakieru. Nie wiem, czy opary nie rzucają mi się na mózg i czy to, co napiszę będzie logiczne i po polsku. Pan cyklinował, a ja w tym czasie oszlifowałam drzwi u córki w pokoju. Chciała, żeby były w kolorze podłogi. Drzwi były stare, sosnowe. Pomalowałam je białą bejcą. Wymyśliła sobie, żeby były rustykalne, z zaznaczonymi słojami, ale żeby było widać drewno. Proponowałam po prostu białą farbę, ale nie byłoby odpowiedniego efektu. I tak nie wiem, co powie, kiedy wróci ze szkoły. Mam nadzieję, że to jest to, o co jej chodziło. Na zdjęciu przedstawiam drzwi przed i po bejcowaniu. W kuchni niewiele się zrealizowałam. Odgrzałam zupę rybną, którą wcześniej przyrządził mój mąż. Nie wiem, jak ją robił. Nie chcę wiedzieć, to jego specjalność i niech tak zostanie. Dziś u córki nocuje koleżanka. Nie wiem, czy jada taką zupę, bo moje dziecko nie, więc zrobiłam dla nich kluski śląskie. Deser też będzie skromny. Jogurt ze zmiksowanymi truskawkami. Upiekę im też francuskie fornetki z jagodami. Mam gotowe w zamrażarce. Wystarczy je upiec. Jak widać dziś po najmniejszej linii oporu. Stwierdzam, że chyba opary już mi rzuciły się na mózg, bo przez chwilę zastanawiałam się Więcej >

Opóźnienie

Dziś wpis będzie później. Najprawdopodobniej wieczorem. Mam dużo pracy. Dodatkowo cyklinowanie podłóg. Ciężko myśleć w takim hałasie.

Moje miasto

Dziś bardzo późno robię wpis. Jestem zmęczona po podróży, ale nie mogłam się powstrzymać. Wróciłam przed chwilą z mojego rodzinnego miasta. Spędziłam w nim całe swoje życie. Mieszkając tam, marzyłam o przeprowadzce, która w końcu się ziściła. Podoba mi się w nowym miejscu, ale sentyment do „starego” pozostał i wracam do niego z ogromnym sentymentem. W zasadzie dopiero teraz dostrzegam, w jakim pięknym mieście mieszkałam. Aż chce się krzyknąć słowami poety: Miasto moje kochane, Ty jesteś jak zdrowie. Ile Cię trzeba cenić Ten tylko się dowie, kto Cię stracił… No, ale żeby nie było marudzenia. To, w którym obecnie mieszkam, też jest ładne. Bardzo specyficzne. Tutaj życie toczy się wolniej. Nikt nigdzie się nie spieszy. Często wokół siebie słyszę zdania: „To się da” albo „Poradzimy, spokojnie”. Obserwuję tak autochtonów i staram się poznać ich obyczaje. Studiuję słownik gwary tutejszego regionu z wielkim zainteresowaniem. Mówi się, że serce człowieka jest tam, gdzie jego ukochana osoba. Dlatego moje musiało migrować za miłością. I dobrze mu tutaj. Jest ciepełko. Ale i tak z sentymentem będę wracać do miejsca mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Już wymazałam z pamięci te złe chwile, które mnie tam spotkały, zostały same dobre, takie „sielskie, anielskie”. Teraz z mężem przekomarzamy się, Więcej >
czekol 004

Niedzielny obiad

Udało nam się na niedzielę przygotować wyśmienity obiad. Mąż zrobił pstrąga. Upiekł go w piekarniku z warzywami, zawiniętego w folię aluminiową. Mięsko było bardzo delikatne i lekkie. Ja zrobiłam coś cięższego – schabik. Schab w plasterkach lekko rozbiłam, opruszyłam solą i pieprzem i podsmażyłam, w zasadzie to się poddusiło na patelni. Potem, kiedy mięso ostygło, ułożyłam na nim po plasterku żółtego sera, ananasa z puszki. W środek ananasa włożyłam trochę żurawiny. Ją też przyrządziłam sama. Kupiłam świeżą na targu i podsmażyłam z odrobiną cukru. Podlałam też trochę wodą, żeby nie była za sucha. Tak ułożone mięsko z serem, ananasem i żurawiną wstawiłam do piekarnika. Zapiekałam około 20 minut. Ładnie wyglądało i było smaczne. Smak mięsa i sera został złamany słodyczą ananasa i żurawiny. Gorąco polecam. W internecie widziałam, że niektórzy robią tradycyjne kotlety schabowe w panierce i dopiero wtedy zapiekają z serem i owocami. Ja zrobiłam bez panierki. Podpowiedziała mi ten sposób moja koleżanka Zosia. Jadłam kiedyś u niej coś takiego i mnie zachwyciło, bo cieszyło oko i podniebienie. Myślę, że to świetna alternatywa dla tradycyjnego schabowego. Na deser zrobiłam czekoladę. Mąż był pomysłodawcą. Rozpuściłam 4 czekolady (kupiłam takie lepsze, nie najtańsze), 2 gorzkie i 2 mleczne ze śmietaną kremówką Więcej >