kościerzyna 012

Kaszuby

Mój mąż znów zabrał mnie na przejażdżkę. Tym razem Kościerzyna. Miasto to kojarzyło mi się zawsze z Kaszubami. Ponadto nieraz słyszałam, że pretenduje do miana nieoficjalnej stolicy Kaszub (oficjalną jest Gdańsk). Wiedząc, że Kaszubi bardzo mocno dbają o tradycję, o swój język, jechałam tam z nastawieniem na oglądanie tego, co regionalne. I tu rozczarowanie. Nawet nazwa miejscowości była tylko po polsku, a przecież już nieraz widziałam w tym rejonie podwójne nazwy: w języku narodowym i kaszubskim. Jednak w Kościerzynie tego nie było. Zrobiliśmy sobie mały spacer po rynku kościerskim. Malutki, bardzo skromny z choinką prawie po środku. Rynek jak wiele takich w Polsce. Wokół kamieniczki, w których znajdowały się sklepy, muzeum i restauracje. Nic, co by dawało sygnał, że jestem na Kaszubach. Weszliśmy z mężem do restauracji. Ja z nadzieją, ze może coś regionalnego podpatrzę, typowo kaszubskiego. I tu znów rozczarowanie. Menu jak zwykle: pizza, zupy i dania obiadowe najzwyczajniejsze na świecie. Wszystko napisane po polsku, czyli nawet tutaj nie można było się zetknąć z gwarą kaszubską. Jedyne, co znalazłam, to w Urzędzie Miasta gazetka promująca region. I tam faktycznie słowniczek najpotrzebniejszych zwrotów kaszubskich, mapa regionu i informacje o tym, co warto zobaczyć, o dziwo, nie była tam wymieniona Kościerzyna. Więcej >

Pan karp

Pan Karp Oczywiście nie kupiłam wczoraj żadnego świątecznego stroika. Nie mogłam się zdecydować. Był dość duży wybór, ale nie było miłości od pierwszego wrażenia, więc się nie zdecydowałam. Ponadto ceny czasami zwalały z nóg. Trochę sprzedawcy przesadzają. Jutro wybieram się w podróż do dużego miasta na Jarmark Bożonarodzeniowy. To sobie z moim jajem poszalejemy. A co! Rodzice też odłożyli przyjazd do nas na wtorek. A już miałam jutro piec jakieś ciacho, dobrze, że się nie rozpędziłam, bo z wielką blachą mój mąż by sobie nie poradził. A tak zrobię mu jakieś maleństwo, a większe upiekę dopiero w poniedziałek. Mój tatuś też lubi słodkie. Bez ciacha kawka mu nie smakuje. Mama zapowiedziała, że się odchudza, bo w nic nie może się zmieścić. Będzie mi raźniej, bo jak tu nie jeść, jak inni pałaszują ze smakiem. We dwie damy radę. Zakupów świątecznych jeszcze też nie zrobiłam. Zapytałam wczoraj męża, co by zjadł dobrego, bo ja jako dobra, kochająca żonka, jestem wstanie spełnić jego zachciankę. A mój mąż, jak to on, stwierdził, że co zrobię, to będzie dobrze, że jemu nie stanowi to różnicy. Już chciałam pogrozić mu szpinakiem, ale się opanowałam. Przecież wiem, że on pod tym względem nie jest wymagający. Mama Więcej >
oale 001

Zima

Za oknem piękna zima. Nawet miałam wrażenie, że wyjdzie słońce. Jednak nie, postanowiło schować się za chmurami. Wygląda tak, jakby za chwilę miał znów padać śnieg. Pięknie wyglądają drzewa w takiej szacie zimowej. Chyba dzisiaj pójdę na spacer. Muszę odebrać prawo jazdy i być może zakupię do domu jakieś świąteczne ozdoby, bo jakby czas ku temu. Wczoraj zawiesiłam lampki na balkonie. Sąsiedzi już powoli ruszają z ozdabianiem domów. Ma to swój urok. Taka zaśnieżona uliczka i domki pięknie świecące kolorowymi barwami połyskującymi w śniegu. Pięknie. Jeszcze zawieszę lampki na jednym drzewku i być może, jeżeli dosięgnę z drabiny nad drzwiami na belce. Będzie świątecznie. W domu jeszcze zwyczajnie. Najpierw trzeba posprzątać. Choinka stanie chyba tylko u córki w pokoju, bo ona chce mieć dużą i pachnącą lasem, a miejsca ma dosyć. My, niekoniecznie, bo się będzie cholera sypała. Raczej myślałam o jakimś stroiku, świeczkach i czymś w tym stylu. Poczłapię dziś do miasta, rozejrzeć się za czymś pięknie świątecznym. W piątek mam zamiar odwiedzić Jarmark Bożonarodzeniowy, dokończymy z córką zakup prezentów. W niedzielę przyjeżdżają moi rodzice z psem i kotem. Będzie pełna chata. Popieczemy ciacha (jeszcze nie mam planu) i wtedy w takim pachnącym domu będzie można świętować. Mamy jeszcze Więcej >
Tczew 007

Kura na wycieczce

Wiadomo, że najlepsze jajka są od kury wolnochodzącej. Dlatego mąż zabrał mnie na wycieczkę, dał mi trochę pooddychać innym powietrzem, bezkarnie pogderać i pogrzebać pazurkiem. Co prawda jajek nie oczekujemy, wręcz byłyby już nie wskazane, ale kurka szczęśliwa, to w domu milej. Zabrał mnie do Tczewa. Miasta świętej pamięci Grzegorza Ciechowskiego – lidera zespołu „Republika”. Niedawno w tym mieście na cześć wokalisty postawiono pamiątkową lokomotywę w barwach Republiki. Młodszemu pokoleniu wyjaśniam, że są to czarno-białe paski.    Pojechałam, zobaczyłam i zrobiłam zdjęcia. Lokomotywa jak lokomotywa. Wielka, majestatyczna i prawie jak zebra. Pewnie większego środka lokomocji nie znaleziono. Miły gest w stosunku do Republiki, przyciągnie fanów, a miastu pomoże się promować. Dobrze jest, gdy miasto może pochwalić się jakimiś znanymi nazwiskami, to na pewno przyciąga. Mnie jednak od razu przypomniał się wiersz Cypriana Norwida „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie”. Pojawił się w wyobraźni obraz, jak to Ateńczycy otruli najpierw Sokratesa, a potem mu postawili złotą statuę. Co prawda Ciechowskiego nikt z mieszkańców Tczewa nie otruł, ale podobno (tak mówią miejskie legendy) kiedy, jako młody człowiek, chciał założyć zespół muzyczny w tutejszym domu kultury, to go pogoniono, bo muzyka nie taka, jakiej oczekiwano. Pewnie tragedii z tego nie było, bo przecież w końcu Więcej >

Atlas chmur

Wróciłam z Warszawy. Za oknem zima. Cieszę się, że następny zjazd dopiero za miesiąc. Nacieszę się domowym ciepełkiem. W sobotę, by nie siedzieć samotnie w akademiku, poszłam do kina. Wybór filmów takich, które odpowiadały mi godzinowo, był niestety niewielki. Padło na „Atlas chmur” oparty na książce Davida Mitchella. „Dzieło” opowiada różne historie bohaterów z różnych zakątków ziemi w różnym czasie. Wątki prowadzone są symultanicznie. Pomysł oryginalny, choć na pewno nie nowy. Głównym problemem w filmie są ludzkie losy, to że człowiek nie rodzi się raz, że nasze dobre i złe uczynki kształtują naszą przyszłość itp. Trochę to takie pseudofilozoficzne teksty podane widzowi wprost w dialogach, czyli nie trzeba się wysilać. Ponadto reżyserzy filmu użyli tu chyba wszystkich możliwych gatunków: jest kryminał z lat 70 XX w., jest przygoda, „mordobicie”, pościgi, fantastyka (jeden z wątków dzieje się w dalekiej przyszłości), romans, dramat, groteska itp. Nie wiem, czy każdy tam miał znaleźć coś dla siebie? Film jest bardzo długi, po 150 minutach opuściłam kino, bo po godzinie w zasadzie miałam dość. Film w stylu „prawda nas wyzwoli”. Nie lubię dialogów, które silą się na życiowe sentencje. To takie właśnie pseudofilozofowanie, jakby widz był totalnym idiotą. Efekty specjalne na miarę kina amerykańskiego. Widać Więcej >

Szrlotka

Dziś będzie krótko i bez zdjęć. Moje jajo pożyczyło ode mnie kartę do aparatu, więc nie mogłam przygotować wizualizacji dzisiejszego wpisu (Kasiu, wybacz). Tak jak pisałam wczoraj, upiekłam ciacho – szarlotkę. Miała być taka spod samiuśkich Tater, ale w przepisie była mąka krupczatka, której nie posiadałam, a nie chciało mi się wracać do sklepu. była więc taka bardziej „na oko”. Ciasto kruche przygotowałam jak zwykle: mąka, żółtka, cukier, troszkę kwaśnej śmietany, proszek do pieczenia i cukier waniliowy. Pogniotłam, pogniotłam, wrzuciłam na godzinę do lodówki, a potem upiekłam najpierw spód. W tym czasie jabłka starłam, poddusiłam (bez cukru, bo były słodkie), potem dodałam do tych podduszonych dwa jabłka pokrojone w kostkę i przyprawiłam cynamonem. Wyłożyłam na wystudzony spód. Resztę ciasta rozwałkowałam i położyłam na wierzch. Potem znów do piekarnika. I tu zaczęły się problemy, bo nie chciało mi się dobrze upiec od góry. Niby wyglądało na upieczone, ale jak ukroiłam kawałek, by dogodzić mężowi po ciężkim dniu pracy, okazało się, że lekko surowe, więc znów ciepnęłam je do pieca i potrzymałam z 20 minut. Chyba w końcu się dopiekło, nawet nie widać, że był falstart. Mąż stwierdził, że smaczne. Miał szarlotkę na gorąco. Szkoda, że nie kupiłam mu do niej lodów Więcej >

Zima?

Śnieg prószy za oknem, a mnie na ławie niesamowicie pachnie hiacynt. Trochę przypomina wiosnę, więc mogę uśmiechnąć się do tej myśli. Zima szybko minie, za cztery miesiące będziemy oczekiwać zmiany pogody na tę bardziej przyjazną człowiekowi. Nie chce mi się wychodzić dzisiaj z domu, choć pewnie będę zmuszona pójść do sklepu i kupić coś na obiad. Wczoraj zrobiłam dietetyczną zupę z cukinii z czosnkiem, imbirem, cebulką i pomidorami. Wszystko ugotowałam, a potem zmiksowałam. Pyszna, aromatyczna i rozgrzewająca, do tego niewiele kalorii. Na drugie danie filet z mintaja zawijany ze szpinakiem, a potem upieczony w folii w piekarniku. Mąż trochę kręcił nosem, bo nie lubi szpinaku, jednak nie marudził, grzecznie zjadł obiadek. No, ale chyba nie będę go już uszczęśliwiać zielonym warzywkiem. Zjada, ale widzę, że mu niezbyt smakuje. Szkoda, bo ja szpinak uwielbiam. Taki na masełku z czosnkiem podsmażony. Pychota. Pierogi ze szpinakiem lub naleśniki to przecież poezja smaku. Dzisiaj za to temu mojemu dzielnemu mężowi przygotuję na deser ciacho. Dawno nie piekłam i w weekend zostawiłam go bez słodkiego do kawki. Trzeba to nadrobić, bo niestety w piątek znów muszę wyjechać. Mam sporo jabłek w piwnicy, więc będzie szarlotka taka spod samych Tatr. Jutro napiszę, jak się udało i Więcej >
ksi 008

O pięknie

Skończyłam czytać „O pięknie”. Trochę długo to trwało, bo książka potężnych rozmiarów, a ja w tak zwanym międzyczasie, musiałam poczytać podręcznik. Jednak udało się i stwierdzam, że książka świetna. Gorąco polecam na długie wieczory. Na początku w zasadzie nie wiedziałam, co o niej sądzić, ale wciągnęła mnie. Jest nietypowa, porusza bardzo wiele problemów. Tak jak wcześniej pisałam, mówi o religii, uprzedzeniach rasowych, układach panujących na uniwersytetach, rapie, relacjach rodzinnych i przyjacielskich, o miłości (ale nie banalnie). I pewnie można byłoby tak wymieniać jeszcze długo. Zastanawiałam się, dlaczego taki tytuł. Jest tam oczywiście zacytowany wiersz o tym samym tytule, jest mowa też o malarstwie Rembrandta, które też z pięknem można skojarzyć. Ja jednak to piękno odniosłabym do jednej z bohaterek – do Kiki. Jest to czarnoskóra żona białego profesora zajmującego się Rembrandtem. Ma ona bardzo obfite kształty. I ta jej tusza ma w powieści znaczenie. Kiki jest niesamowicie ciepłą osobą, prostą kobietą, która z miłością budowała swój dom. Zawiera w sobie jakieś bliżej nieokreślone piękno, emanuje wewnętrznym światłem (przynajmniej dla mnie). Wszystko jednak się jej rozpadło, kiedy dowiedziała się, że mąż ją zdradził (oby raz!). Jest tam taka scena, kiedy bohaterowie rozmawiają ze sobą o tym, co się stało. Howard żałuje, Więcej >
jarmark 003

Jarmark bożonarodzeniowy

Stało się. Uległam nastrojowi świątecznemu. Wszystko przez Warszawę i jarmark bożonarodzeniowy. Nie mogłam się powstrzymać i polazłam. Zrobiłam sobie długi spacer, bo od siedzenia na zajęciach skostniałam. Zaczęłam Nowym światem, potem przez Krakowskie Przedmieście na Stare Miasto. Zachwyciły mnie pięknie ozdobione ulice naszej stolicy. Zupełnie inaczej niż w zeszłym roku. Przede wszystkim Krakowskie Przedmieście z wielkimi świetlnymi bombkami i prezentami, do których można było wejść. Pięknie, błyszcząco, kolorowo i kiczowato. Tak jak być powinno. Do tego przecudowne iluminacje. I jak tu nie ulec świątecznemu nastrojowi? Nie da rady się przed nim bronić. Popłynęłam więc z falą ludzi na Starówkę. Co prawda w Warszawie jest ona malutka i po ustawieniu na niej straganów, ciężko było się przemieszczać, bo do tego chyba wszyscy warszawiacy wpadli na ten sam pomysł co ja. Pięknie pachniało przyprawami korzennymi, pierożkami, barszczykiem, czyli już zupełnie święta. Nie było kolęd. I bardzo dobrze, bo za wcześnie. Grała muzyka, na szczudłach pojawiał się Mikołaj, Śnieżynki, Diabeł. Był ogień, dym… Cudownie. Co prawda, co sprzedawano na straganach, dojrzeć mi się nie udało, bo za duże tłumy, ale atmosferę poczułam i dałam się wciągnąć. Płynąc z falą warszawiaków wracających z koncertu „Piaska”, wróciłam tą samą drogą na tramwaj i do akademika. Więcej >
ksiązka 017

Jajo mądrzejsze od kury

Jak już kiedyś wspominałam, jestem kurą domową z jednym jajem. I mam wrażenie, że to moje jajo chce być mądrzejsze od kury, czyli jest pewna prawidłowość, powiedzenie się potwierdza. Na wszystkim zna się lepiej (oczywiście oprócz kuchni, bo tam wchodzi tylko, by zjeść to, co mama wcześniej przygotowała, jedyne co umie zrobić, to tosty i grillowane oscypki – może więc jej jaja w przyszłości nie umrą z głodu, chociaż zawsze będą mogły przyjść do babci). W dodatku jest w takim wieku, kiedy się mówi, „że starzy to wapniaki i na niczym się nie znają”. Chociaż pewnie tak się mówiło za „moich czasów”, teraz chyba inaczej. I muszę oddać tutaj sprawiedliwość, że faktycznie są rzeczy, na których zna się lepiej. Jedną z nich jest muzyka. Drugą języki. Za „moich czasów” uczyliśmy się rosyjskiego, o angielskim nie było mowy, więc teraz czuję się jak analfabetka, kiedy wyjeżdżam gdziekolwiek za granicę. Ona za to mówi biegle. W szkole ma lektury po angielsku. Zazdroszczę, że będzie mogła poczytać w oryginale chociażby mojego ulubionego Oscara Wilda. Właśnie przymierza się do „Portretu Doriana Graya”. A ja co? Pojadę za granicę i nawet o drogę nie spytam. Co roku powtarzam sobie, że teraz to na pewno pójdę Więcej >