Zniknięcie słonia

Udało mi się wygospodarować trochę czasu, by przeczytać najnowszą książkę Murakamiego „Zniknięcie słonia”. Jest to zbiór opowiadań. Czytanie zaczęłam od ostatniego tytułowego. I tu troszkę się rozczarowałam. To opowiadanie podobało mi się najmniej. Od razu skojarzyło mi się ze „Słoniem” Mrożka. I mogę śmiało stwierdzić, że tekst polskiego pisarza jest lepszy. Przy jeszcze jednym utworze miałam skojarzenie z Mrożkiem. W „Tańczącym karle” bohater pracuje w fabryce słoni. Z jednego słonia robi się pięć poprzez rozrzedzenie. Skojarzyło mi się to z dyrektorem ZOO, który w opowiadaniu Mrożka też każe zrobić słonia (tylko inną techniką i w innym celu). Oczywiście wymowa tych tekstów jest zupełnie różna, ale tak jakoś mi się Mrożek „przewijał” podczas czytania utworów Murakamiego. Jednak potem, jak Bóg przykazał, czytałam opowiadania po kolei. Pierwsze to „Ptak nakręcacz i wtorkowe kobiety”. Na podstawie tego tekstu powstała później powieść „Historia ptaka nakręcacza” – mój ulubiony utwór Murakamiego. Mogłam sobie przypomnieć jego fantastyczny klimat. Ptak nakręcacz nakręca śrubę świata – to mógł wymyślić tylko geniusz! Teksty Murakamiego są na pograniczu jawy i snu. Miesza się tu świat realny z fantastycznym. Niesamowity jest klimat tych utworów. Uwielbiam to jak buduje światy, jak wymyśla niezwykłych bohaterów. Jest tu tańczący karzeł, zielony zwierz, mali TV Więcej >

Sylwester

Wczoraj świąteczny obiadek. Zrobiłam mojemu kochanemu mężowi sushi. Co prawda nie kupiłam surowej ryby, bo bałam się, że może być nieświeża i wykorzystałam tylko paluszki surimi. Do tego miałam serek, ogórka i czarny sezam. Napracowałam się, bo dużo przy tym bawienia, ale było warto. Mieliśmy co uczcić. Mój mąż oświadczył mi się właśnie w sylwestra, więc mieliśmy wyśmienitą okazję. A że sushi uwielbiamy, więc można było zaszaleć w kuchni. Dawno tego nie robiłam, trochę wyszłam z wprawy. Mój mężuś zaparzył dobrej zielonej herbatki i wybraliśmy się w sentymentalną podróż. Wieczorem pojechaliśmy do kina na film „Gabbit, czyli jak ograć króla.”, a po nim mieliśmy w planie koncert na świeżym powietrzu. Jednak film skończył się pół godziny przed północą i nie było szans, by znaleźć miejsce parkingowe. Co prawda mogliśmy postawić samochód dalej, ale zajęłoby nam pół godziny dojście do sceny. Na pewno byłoby już po północy. Stwierdziliśmy więc, że jedziemy w domu. Nowy Rok przywitaliśmy w samochodzie. Jechaliśmy w świetle fajerwerków, słuchaliśmy muzyki i też było przyjemnie. Ważne, że razem. Dobrze, że wcześniej pospacerowaliśmy po Długim Targu. Było pięknie, a ruch jak w południe. Zapomniałam dodać, że przed filmem odstawiliśmy jajo na zabawę sylwestrową do koleżanki. Ku mojemu zdziwieniu w wyznaczonym Więcej >

Wykop sobie studnię…

Dziś ostatni dzień odchodzącego roku. Od jutra będziemy starsi o jeden rok (aż strach patrzeć w metrykę, bo tego przybywa w zastraszającym tempie!), i niestety trzeba przyjąć to z godnością. Osobiście nie przepadam za tym dniem. Wszyscy, jak na komendę, muszą się cieszyć, bawić i nie spać do północy (co dla takiego śpiocha jak ja jest koszarem). W dodatku będę się stresować, bo moje jajo oczywiście bawi się w gronie rówieśników, a mnie przyszło mieć nadzieję i wiarę w to, że nic głupiego nie wymyślą. No, dobra, jakoś dam chyba radę, by nie dzwonić do niej co pół godziny. Muszę tylko schować głęboko telefon. Kiedyś poczytałam o zwyczajach sylwestrowych. W różnych rejonach Polski są z tym dniem związane pewne tradycje. W poprzednim moim miejscu zamieszkania przez jakiś czas pracowałam na wsi. Panował tam dziwny (jak dla mnie) zwyczaj, że w sylwestra robiło się „dowcipy” sąsiadom. Polegały one na wyciąganiu z zawiasów furtek i przenoszeniu ich w różne nietypowe miejsca. Ubaw był, kiedy się taką bramkę umieściło na dachu jakiejś stodoły lub szopy. Koleżanki opowiadały, że czasami znajdowały swoje bramki daleko w polu. Ile trzeba mieć samozaparcia (albo promili we krwi), by taką żelazną bramę zataszczyć na dach lub w pole? Więcej >

Słodkości

Nie napisałam jeszcze o przepysznym serniku, który piekłam w święta. Przepis jak zwykle wygrzebałam w „Moich wypiekach”. Ciacho można znaleźć w zakładce „Serniki pieczone”, jest na orzechowym spodzie. Naprawdę przepyszne. Zachwyciło szczególnie mojego tatę. Przepis oczywiście lekko zmodyfikowałam, dopasowałam do składników, które posiadałam. Nie wiedziałam, jak będzie smakować połączenie sera z orzechami, ale okazało się, że rewelacyjnie do siebie pasują. Do ciasta potrzeba sporo orzechów, więc trzeba znaleźć jakąś sierotkę, która je połupie, chyba że kupicie już łuskane. Ja mam pełen worek orzechów włoskich w piwnicy, więc wykorzystałam swojego tatusia jako dziadka do orzechów. Siedział i łupał pół dnia, ale potem stwierdził, że warto było. Zrobiłam z nich dwa ciacha. Oprócz sernika, orzechowo-brzoskwiniowe. Znalazłam je kilka lat temu w internecie pod nazwą „Kora dębu”. Niżej podaję oba przepisy już lekko zmodyfikowane. Ciasta naprawdę rewelacyjne, choć pracochłonne (szczególnie to z galaretką). Sernik na orzechowym spodzie: Składniki na spód:
  • 1¾szklanki pokruszonych ciastek Bella vitae (Goo)
  • 1/3 szklanki rozpuszczonego masła
Składniki na spód wymieszać, wcisnąć w dno formy. Miałam blaszkę o średnicy 24 cm. Podpiec w temperaturze 175ºC przez 10 minut. Składniki na masę orzechową:
  • 3 łyżki (czubate) miodu (mój był gęsty)
  • 1/3 kostki masła (roztopionego)
  • 1 łyżka cukru trzcinowego
  • 2 jaja
  • 1,5 szklanki posiekanych orzechów Więcej >

Supermarket

Wczoraj spędziłyśmy z moim jajem prawie cały dzień w galerii handlowej. Zaczął się okres wyprzedaży, a jajo nagromadziło w święta trochę gotówki, więc musiało je wydać. Przeżyłyśmy istny horror, nie tego się spodziewałyśmy. Tłumy ludzi oczekujące do przymierzalni, do kasy, wyrywający sobie ubrania niemalże z rąk. Nie było szans, by coś przymierzyć. Mnie udało się chwycić dwie pary jeansów – jedne za 40 zł, drugie za 30. W dodatku „na oko”. Na szczęście okazało się, że pasują. Jajo upolowało tylko jedną koszulkę, tez niedrogo. Niepocieszone dzisiaj namówiło mnie na wyjście do sklepu. Na szczęście wybrało jeden sklep, nie galerię. I o dziwo, kupiło sylwestrową sukienkę i bardzo ładną bluzkę. Jest usatysfakcjonowane. Wczoraj, kiedy byłyśmy już po wyprzedażowym szaleństwie, dojechał do nas mój mąż i poszliśmy do kina. Wybraliśmy jednak dość kiepsko – „Supermarket” – polski film Marcina Żaka. Niby thriller psychologiczny, ale w polskim wydaniu wyszło raczej kiepsko. Thriller powinien trzymać w napięciu, ten film niestety nie miał odpowiedniej atmosfery. Od połowy w zasadzie rozmywa się akcja i nie wiadomo, co to jest. Ogląda się nie najgorzej, na szczęście film nie jest długi, ale wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że miał bardzo kiepski scenariusz. W zasadzie film nic nowego nie pokazał. Trochę Więcej >

Mikołaj nie istnieje

Mikołaj nie istnieje. Z tym faktem musiałam kilka lat temu zapoznać moje jajo. Pamiętam. Chodziła wtedy do drugiej klasy szkoły podstawowej. Najpierw śmiała się z kolegów, że nic nie dostaną pod choinkę, bo nie wierzą, a potem z takim mądrym, wpatrzonym we mnie wzrokiem zapytała o Mikołaja. Stwierdziłam, że czas powiedzieć prawdę, dość oszukiwania. Przyznałam, że Mikołaja nie ma, że to rodzice podkładają prezenty. I żałowałam tego długo. Ten wzrok będę pamiętać pewnie do końca życia. Miałam wtedy wrażenie, że zabrałam temu mojemu jaju dziecięcą magię, marzenia, że odarłam jej świat z kolorów. Patrzyła na mnie tymi smutnymi wielkimi oczami, a mnie było głupio. Chwilę tak milczałyśmy, kiedy ono nagle ni stąd ni zowąd wypaliło: „Ale króliczek wielkanocny istnieje, prawda?”. I chwyciło się tej myśli jak tonący brzytwy, a ja nie miałam sumienia, by zabrać jej króliczka tak, jak zabrałam Mikołaja i przytaknęłam. Nigdy więcej nie usłyszałam pytania o króliczka. Pewnie przykica do nas w kolejne święta i podrzuci jakieś łakocie. Wydaje mi się, że dla dziecka wiadomość o tym, że Mikołaja nie ma, jest traumatyczna. Pewnie dla rodzica, który musi w końcu powiedzieć prawdę, również. W okresie świątecznym zawsze przypominam sobie tę rozmowę. Powinno się rodziców od razu na Więcej >

I po świętach…

Święta, święta i po świętach. Najpierw były porządki przed świętami, a teraz po. Dzisiaj postawiłam sobie bardzo ambitne zadanie: wyprać dywanik z kuchni. W zasadzie można zapytać, po co dywanik w takim miejscu. Odpowiedź prosta: pełni bardzo odpowiedzialne zadanie. Maskuje i ukrywa. Po kupieniu domu nie zbijaliśmy terakoty w kuchni. Nie była najgorsza, a ponadto ograniczyły nas mocno fundusze. Razem z tą terakotą odziedziczyliśmy po poprzednich właścicielach dziury. Dwie, niedaleko szafki ze zlewem. Wymyśliliśmy więc w tym miejscu dywanik, ale dziad nie chce współpracować i niesamowicie się brudzi.  W dodatku mój inteligentny kot traktuje go jako podkładkę, kiedy postanawia oczyścić sobie żołądek. Zwraca zawartość swoich trzewi właśnie na nieszczęsny dywanik. Nawet jak posprzątam, zostają plamy. Próbowałam odwołać się do sumienia mojego kota, ale najwyraźniej go nie ma. Potem podjęłam próbę odwołania się do jego intelektu, ale mnie zignorował, ziewnął dwa razy i zasnął. Chyba przynudzałam. Dywanik najzwyczajniej w świecie ma jakąś moc przyciągania zawartości żołądka mojego kota, bo wokół mnóstwo miejsca, a on i tak lezie na niego. Oszczędzę wam wizualizacji problemu. Teraz dziad moczy się w wannie. Oczywiście dywanik, nie kot. Kot wyleguje się na moim nowym, ledwo otrzymanym pod choinkę szlafroczku. Dywanik mięknie. Potrzymam dziada, aż zmięknie całkowicie Więcej >

Dziewczyna w niebieskiej sukience

W końcu udało mi się przeczytać „Dziewczynę w niebieskiej sukience”. Trochę długo to trwało, ale ostatnio cierpię na brak czasu. Książka opowiada o małżeństwie Dickensów, chociaż bohaterowie występują pod zmienionymi nazwiskami. Autorka w posłowiu wyraźnie zaznacza, że korzystała z biografii angielskiego pisarza. Trudno jednak było jej dotrzeć do źródeł, które dokładnie opisywałyby emocje żony pisarza, a właśnie z jej perspektywy prowadzona jest narracja. Zmieniła więc nazwiska bohaterów, nie jest to biografia pisarza ani jego żony. Zresztą podobno niewiele informacji zachowało się do dzisiaj na temat Katarzyny Dickens, żyjącej przecież w cieniu Wszechwiedzącego. Powieść interesująca, choć czasami trochę się dłuży. Opowieść zaczyna się w momencie śmierci Dickensa (Alberta). Z perspektywy żony (Dodo) dowiadujemy się o historii ich małżeństwa, o poznaniu, zaręczynach, miłości, rozczarowaniu itp. Kobieta prawie co roku rodziła dziecko. A więc łatwo się domyślić, że szybko straciła dziewczęcą urodę i wdzięk. Była ciągle zmęczona, chorowała. Niektóre dzieci umierały, więc to również ją obciążało. Dodatkowo mąż raczej nie cieszył się z każdej następnej ciąży. Za to chętnie pomagał młodym aktorkom. W końcu odsunął od siebie żonę. Wydał oficjalne oświadczenie o ich separacji. Wyprowadził ją z domu, dawał niewielkie pieniądze na utrzymanie, zakazał kontaktów z dziećmi. A ona ciągle go kochała. Dziwna Więcej >
święta 015

WESOŁYCH…

Czas przygotowań powoli się kończy. Dziś większość z nas zasiądzie do kolacji wigilijnej, by rozpocząć czas świętowania. Chciałabym oczywiście wszystkim, którzy tutaj do mnie zaglądają (i nie tylko) złożyć życzenia. Ale jak tu życzyć, żeby nie było banalnie? Nie da się. Obojętnie jak składałoby się słowa i tak wychodzi banał. A że w życiu najbardziej sprawdzają się banały, więc życzę po prostu WESOŁYCH ŚWIĄT!
ciasteczka 008

Ciasteczka

Upiekłam z moim kochanym jajem całe stado ciasteczek. Nie licząc owsianych, o których już pisałam, powstały cytrynowe, orzechowe i korzenne. Cytrynowe i korzenne „na oko”, orzechowe wg przepisu Zagubionej. „Na oko” to znaczy pół kostki masła, jedno jajo i jedno żółtko, cukier (ok. ¾ szklanki), mąki dałam tyle, by ciasto dobrze się kleiło, nie było za miękkie i za twarde. Do tego proszek do pieczenia. Do cytrynowego dodałam startą skórkę z dwóch cytryn i sok z jednej cytryny. Do drugiego ciasta dodałam przyprawy korzennej, trochę imbiru i cynamonu, reszta składników pozostała bez zmian. Do orzechowych trafiła szklanka zmielonych orzechów. I tyle. To schłodziło się przez dwie godziny w lodówce, a potem to już zabawa. Powycinałyśmy gwiazdki, aniołki, serduszka, choinki, księżyce itp. Nie ozdabiałyśmy ich lukrem. Nam najbardziej podobają się właśnie takie, prosto z blachy, nie są wtedy też za słodkie. Kiedyś lukrowałyśmy, oblewałyśmy czekoladą, a potem wyszukiwało się tych najmniej ozdobionych. Spędziłyśmy w kuchni dobre kilka godzin, ale warto było. Nawet nie dla tych ciastek, choć na pewno są smakowite i ładnie je popakujemy w puszki, będą między innymi na prezenty, ale dla samego bycia razem. Na co dzień mamy na to mało czasu, a pieczenie to świetna okazja, by Więcej >