Biało-czerwony

Siedzę w kuchni (tam gdzie miejsce każdej kury domowej), pichcę sobie obiadek i słucham radia. Akurat audycja na temat Święta Niepodległości. W zasadzie dyskusja ograniczona do marszów, które mają przejść przez Warszawę. Jedni są za, drudzy przeciw. Wspominają zeszłoroczne burdy, a przedstawiciele maszerujących zapewniają, że w tym roku będzie grzecznie, że w zeszłym roku byłoby doskonale, gdyby nie prowokacja policji i TVN. No, tak policja pewnie prowokuje swoim wyglądem. Uzbroją się po zęby i patrzą złowrogo, komu tu przyłożyć. Właśnie zastanawiam się, do czego zmierza ta audycja. Za czy przeciw marszowi? Już rozumiem, pan redaktor wyjaśnił: czy będą burdy w tym roku podczas marszu czy nie? Można byłoby obstawiać. Może bukmacherzy już przyjmują zakłady? Słuchacze doszli do wniosku, że nie da się ich uniknąć. Normalnie genialna dyskusja. Bardzo pouczająca. Przejdą przez Warszawę jakieś kolorowe grupy ludzi, którzy, jak mówią, chcą odzyskać Polskę. Tak sobie myślę, słuchając radia, gdzie ja mieszkam. Co to za kraj? Kto chce odzyskać Polskę i z czyich rąk? Ja żyłam do tej pory chyba w nieświadomości, byłam pewna, że w końcu mieszkam w wolnym kraju. Rozumiem też, że tradycja tego święta związana jest z poważną przeszłością Polski. Ale dlaczego my – Polacy musimy obchodzić je z Więcej >
ciacho 002

Zmiana planów

Zmieniłam plany. Bezy ususzyły się świetnie, ale schowam je na później. W niedzielę przychodzą do nas ciotki mojego męża. Będzie małe co nieco do kawy. Zrobiłam dzisiaj jeszcze tzw. placek włoski z jabłkami i bakaliami. Nie jest to może jakieś wykwintne ciacho, w dodatku coś nie chciało mi sie upiec, kilka razy wkładałam je z powrotem do piekarnika, żeby się podpiekło. W przepisie było napisane, że wystarczy 40 minut w 150 stopniach. Stanowczo za krótko, ponadto temperatura za niska. No, ale w końcu jakoś się udało. Może być. Będzie do przegryzienia do kawki, bo jak już wcześniej pisałam, mój chudy mąż lubi słodkości.

Zielono :)

Z fitnessu dzisiaj nic nie wyszło, zajęcia odwołano, ponieważ razem ze mną były dwie osoby wyrażające gotowość do wyciskania z siebie siódmych potów. Wróciłam do domu wściekła. Ani się dzisiaj nie wyspałam, bo trzeba było wcześnie wstać, by zdążyć na fitness, ani też poćwiczyłam. Z tej wściekłości chwyciłam za mój lekko zakurzony stoperek i poćwiczyłam sama, przy telewizorze. Spaliłam 300 kalorii! Potem zjadłam bardzo lekkie śniadanko, żeby nie uzupełnić braków. Dwie kanapeczki z pełnoziarnistego chleba krojonego w naszej piekarni tak cieniutko, że świat przez niego widać, do tego zielony ogórek i kiełki rzodkiewki. Do popicia świeżo wyciśnięty soczek. Też zielony, bo do wyciskarki włożyłam kiwi i dało się trochę soku z nich wycisnąć (ku mojemu zadowoleniu), do tego żółty grejpfrut. Wściekłość przeszła. Teraz mogę się wziąć za jakąś pracę. Muszę przesadzić wrzosy z doniczek do ziemi, żeby nie zmarzły, powynosić pelargonie i lawendę do piwnicy, by mogły sobie spokojnie przezimować. Zrobiłam też dwa placki bezy. Miałam pięć białek w lodówce, nie chciałam, żeby się zmarnowały. Jutro to przełożę kremem czekoladowym i wiśniami z kompotu.  Do ubitych na sztywno białek dodałam szklankę cukru i łyżkę mąki ziemniaczanej. Dodałam też troszkę cukru waniliowego do smaku. Zrobiłam z masy dwa placki tej samej Więcej >

Moja duma

Dzisiaj sprzątanie: pranie, odkurzanie i prasowanie. Trochę nudno. Wytarłam kurze z moich ukochanych książek, trochę to zajęło czasu. Na zdjęciach prezentuję moją dumę: książki. Wszystkich się nie dało pokazać, ale i tak wyglądają imponująco. Część jeszcze w pokoju córki. Tam są jej ulubione, których do wspólnej biblioteczki nie chciała oddać. I ja to rozumiem, bo mnie tez trudno rozstać się z książkami. Niektórzy czytają, przekazują dalej, a ja nie umiem. Nawet jak wiem, że nigdy już do danej książki nie zajrzę, to i tak ciężko mi się z nią rozstać. Może to jakaś choroba? Od jakiegoś czasu używam czytnika do książek. Nie muszę ich wtedy ustawiać na półkach, zajmują niewiele miejsca w pamięci urządzenia. Niektórzy twierdzą, że niby ono nie ma duszy, jaką mają książki, ale jest niesamowicie wygodny, szczególnie w podróży. Lekki przede wszystkim. Mieści się w damskiej torebce. W dodatku mogę mieć przy sobie zawsze kilka lub kilkadziesiąt książek. Co prawda e-booki nie są tak tanie, jak można byłoby się spodziewać, przecież nie zużywają papieru. Ostatnio jednak dowiedziałam się, że na e-booki naliczany jest większy VAT, z tego, co pamiętam, to chyba 23%, a na książki papierowe chyba 5%, więc jest duża różnica. Zapisałam się na jutro na Więcej >
drzwi 001

Malowanie

Deszcz siąpi za oknem. Znów szaro i buro, nie ma słońca. Nie mam też ochoty na spacer, choć pewnie wyjść z domu będę musiała. Wczoraj wieczorem zabrakło mi lakieru do drewna. Szlifowałam i malowałam drzwi. Były brzydkie, stare i odrapane. Mamy zamiar je wymienić, ale to będzie spora inwestycja, więc na razie muszą czekać na swoją kolej. Żeby nie straszyły, oszlifowałam je i polakierowałam bejcą w kolorze rustykalnego dębu. Wyglądają dużo lepiej. Na zdjęciu po lewej widać, jak wyglądały przed odnową, a po prawej po przemianie. Rozprawiłam się w ten sposób z trojgiem drzwi. Jestem z siebie dumna! Pomalowałam przy okazji szafkę do przedpokoju. Wcześniej był to nocny stolik u córki w pokoju. Miał nieciekawy kolor. To była polakierowana sosna, która z czasem nabrała niezbyt ładnego żółtawego koloru. Przestała też pasować do wystroju. Pomalowałam tę szafkę tak, by odcieniem pasowała do szafy na buty. Mebel, który był wcześniej szafką nocną, teraz służy jako schowek na szczotki i pasty do butów, ma wygodną wysokość, bo można na nim usiąść i nałożyć buty, nie trzeba się zbyt mocno gimnastykować. Muszę dziś dokupić lakieru do drzwi, zostały jeszcze jedne i futryny do sypialni i gabinetu. Mam jeszcze w planie pomalować drzwi na strych. Więcej >

LSTOPAD

Listopad za oknem. Zrobiło się szaro, buro, bez słońca. Nic się nie chce, chociaż pracy w domu nie ubywa. Jednak jesienna aura od czasu do czasu może usprawiedliwić lenistwo. Na targowisku kolorowe „ziemiopłody”. Powoli znikają panie z kwiatami. Nawet chryzantem co raz mniej. Jeszcze duży wybór suszek. Też ładne, można oko nacieszyć. Nie żebym od razu chciała je w domu. Jakoś tak kojarzą mi się ze śmiercią, nastrajają nostalgią. Gdzieniegdzie kolorowe plastikowe kwiaty udające żywe, czasami niesamowicie kiczowate, czasami złudnie przypominające te prawdziwe. Zakupiłam wczoraj cytrusów. Różnych: pomarańczy, kolorowych grejpfrutów, (żółte,  różowe, zielone), mandarynek w kilku rozmiarach. Będą wyciskane soki. Dużo witaminy C, by trochę uodpornić organizm i zapobiec jesiennym przeziębieniom. Podobno zawierają dużo mikroelementów i witamin zwiększających wytwarzanie białych ciałek krwi potrzebnych w walce z bakteriami i wirusami (takie mądre zdanie ostatnio wyczytałam na WP). Wyciskamy tak na śniadanko i kolację. Pychota. Mnie najbardziej smakuje: ½ pomarańczy + ½ mandarynki (żółtej, trochę większej niż tradycyjna) + ½ żółtego grejpfruta. Tak sobie z mężem popijamy, a córka jak zwykle kręci nosem. Czasami wypije, ale tylko z jednego gatunku owoców. Żadnych mieszanek! Soczek jest. Można poleniuchować. Mamy z mężem taki „nietypowy” (dla niektórych) zwyczaj, że po „Faktach” leżymy już w łóżeczkach Więcej >
smieci

Spacer

Dziś niedzielny spacer po lesie. Musiałam zrobić zdjęcia na studia na zaliczenie. Przy okazji pooddychaliśmy trochę świeżym powietrzem. Cokolwiek znaczyłoby „świeże”, dotleniliśmy się trochę. Przy okazji mogliśmy „podziwiać” leśne wysypiska śmieci. Fantazja ludzi nie ma granic. Czasami zastanawiam się, co kieruje człowiekiem, który bierze z domu worki śmieci, starą pralkę, kilka opon i wiezie to do lasu? W dodatku nie boi się, że zapłaci mandat. A może boi się? I dlatego jedzie wysypać śmieci w nielegalne miejsce, bo wtedy większa adrenalina. Przecież nie sztuka wynieść odpady do kubła, żadna atrakcja. A jak robi sobie dzikie wysypisko, to są emocje. Adrenalina skacze, bo a nuż zza krzaków wyskoczy jakiś strażnik. Może to się dzieje pod osłoną nocy? Wtedy jeszcze ciekawiej. Pracuje wyobraźnia. Słyszy się trzaskające gałęzie, odgłosy zwierząt i jest atrakcja. Jeżeli tak to się odbywa, to nawet rozumiem takiego człowieka spragnionego przygody. Przecież zwykłe wyrzucanie śmieci jest nudne, a tu, no proszę, tyle emocji. Koszty nieważne, czasami może to być droga impreza, jeżeli delikwenta złapią na procederze. Ale czego nie zrobi taki kanapowy homo sapiens, żeby poczuć trochę adrenaliny. A że wyobraźnię ma trochę ograniczoną, to robi to, co umie najlepiej, śmieci.
kwiatek 002

Dużo zajęć

Nie ma czasu na leżenie, wszystko w biegu… Spokojnie siedziałam w domku, zeskrobywałam skórkę z limonek, a tu niespodziewanie (bo za wcześnie) wrócił mąż i zarządził wyjazd na zakupy. Kilku rzeczy brakowało nam do domu. Obiecaliśmy też wcześniej kupić córce fotel-worek sako. W internecie sprawdziliśmy, gdzie to cudo można kupić i pojechaliśmy. Po drodze okazało się, że sklep przeniesiono, więc trochę jeździliśmy, a w godzinach szczytu nie jest to łatwe. Po drodze oczywiście „zahaczyliśmy” o Ikeę, bo zapomnieliśmy kupić kiedyś żabek do karniszy. Córka wybrała sobie śliczną osłonkę na doniczkę, trzeba było więc jeszcze zakupić kwiatka. Koniecznie musiał być kwitnący, bo, jak stwierdziła, tylko wtedy będzie widziała, że jeszcze żyje. Do tego mąż wybrał jakieś kolorowe pudełka do swojego pokoju, ja opakowania na buty. Nawiasem mówiąc, świetna rzecz. Włożyłam do nich buty rzadko używane, takie na szczególne okazje i schowałam do szafy. Nie będą się kurzyły. Później sklep z farbami, ponieważ muszę dzisiaj wymalować małą szafkę do przedpokoju (na pasty do butów i szczotki). Ostatecznie nie kupiliśmy fotela. Nam (mnie i mężowi) się nie podobał. To wielki wór, który zajmie ¼ pokoju. W dodatku w ogóle nie pasuje do wystroju pokoju, ale córka się upiera. Będziemy musieli zamówić przez internet, Więcej >
hallowoon 002

Halloween

Ostatnio w radiu było wiele dyskusji na temat Halloween. Szczerze mówiąc, miałam do tego dość neutralny stosunek. Celowo użyłam tutaj czasu przeszłego, bo od 30.10.2012 r. moje poglądy się zmieniły. Zostały zmodyfikowane przez wyrostków z szalikami na twarzy, którzy dzwonili do drzwi mojego domu i podejrzanym głosem krzyczeli: „Cukierki albo psikus!”. Ale od początku. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam dzwonek do drzwi, otworzyłam bardzo chętnie. Przed moimi oczami roztaczał się bardzo słodki widok. Grupa (chyba sześcioro) dzieci w wieku tak na oko od 4 do 10 lat, z twarzami umalowanymi na czarno z torebeczkami w rękach wzbudziła moją radość, bo dzieciaki wyglądały słodko. Niestety nie przygotowałam się za bardzo na dzisiejszy dzień, bo w mieście, w którym do tej pory mieszkałam, raczej nie kultywowano tego amerykańskiego zwyczaju. Przeszukałam dom. Znalazłam dużą paczkę M&M’sów, podałam dzieciakom. A one z radością krzyknęły, że się podzielą. Zanim zamknęłam drzwi, już rozpakowywały słodycze. Niestety mit słodkiego dziecka też się bezpowrotnie ulotnił, bo na drugi dzień znalazłam papierek po tychże M&M’sach w swoim żywopłocie. Potem bandy wyrostków, które zrobiły najazd na naszą spokojną uliczkę. Raz otworzyłam drzwi i kiedy zobaczyłam trzech (prawdopodobnie) gimnazjalistów z zasłoniętymi szalikami twarzami, którzy domagali się słodyczy, poczułam się dziwnie. No, Więcej >

Ciacho

Wczoraj było pracowicie. Dzisiaj powtórka. Ale po kolei. Udało mi się w końcu uszyć córce pokrowce na poduszki z materiału, który pozostał po zasłonkach. Wszyłam też w obrzeża cienką bawełnianą koronkę. Wygląda świetnie. Nawet nie myślałam, że jestem taka zdolna. A dziś zrobiliśmy spore zakupy. Nabyliśmy niedużą szafę do przedpokoju. Mój mąż już ją zdążył zamontować. Kupiliśmy też jedną szafkę do kuchni, bo zostało nam puste miejsce i aż się prosiło o zagospodarowanie, tym bardziej, że naczyń przybywa w zastraszającym tempie. Upiekłam też dwa ciacha. Jutro mamy gości. Przychodzą dorośli synkowie, więc małe co nieco się przyda. Zrobiłam tartę cytrynową na kruchym spodzie. Wypróbowałam różne przepisy, ale najlepszy jest taki: pół kostki masła, szklanka mąki i dwie łyżki wody. To wszystko zagnieść. Rozwałkowuję to na papierze do pieczenia, a pod wałek kładę folię spożywczą. Łatwo wtedy przełożyć cieniutkie ciasto na blaszkę do tarty. Nakłuwam później widelcem i piekę około 20 minut w nagrzanym piekarniku do 200 stopni. Potem robię „farsz”. 5 żółtek ucieram ze szklanką cukru, dodaję 150 ml śmietany kremówki, 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej i sok wyciśnięty z 3-4 cytryn (zależy od wielkości). Wszystko miksuję, a potem wlewam do rondelka i podgrzewam, aż zgęstnieje. Wylewam to na ciasto (jeszcze Więcej >