Pępowina

Dzisiaj szykuję smakołyki dla mojej córki, która organizuje pidżamaparty, czy jak to nazywano w czasach mojej młodości (tej minionej, pierwszej, nastoletniej, bo teraz po 40 jest druga) – prywatkę. Mam z tym oczywiście „stresa”, bo niby mają u niej nocować tylko dwie koleżanki, ale wiadomo, jak chata wolna… Nie chcę nawet o tym myśleć. Cały czas powtarzam sobie, że przecież mam do niej zaufanie. Mam do niej zaufanie… Nie raz już spały u niej koleżanki i ona spała u nich, ale to były te z poprzedniego miejsca zamieszkania, które przychodziły do naszego domu około dziesięciu lat. „Alice” i „Boguś”, bo takie ponadawały sobie ksywki, były prawie jak członkowie rodziny. Szczególnie „Alice”. Nawet kiedyś była z nami na wakacjach. Sympatyczna, spokojna dziewczyna z pasjami podobnymi do mojej córki. Znałam jej mamę. A teraz? Nowa szkoła – liceum, nowe znajomości. No, niby można zadzwonić do ich rodziców. Ale jaką ja mam pewność, że pod imieniem Magda czy Paula nie kryje się ktoś z zarostem i całkiem męskim imieniem, a ten niby rodzic w słuchawce to starsza kumpelka? Dobra, zaufanie… Wiem, wiem, ciągle to sobie powtarzam. Nie mam powodu do jego braku, nigdy mnie córka nie zawiodła. Ale ja przecież doskonale pamiętam, jak Więcej >

Kasia już to wie… :)

Moja dobra koleżanka – Kasia, która zna mnie od liceum, była bardzo zdziwiona tematyką bloga, który prowadzę. Nie dziwię się jej. Trudno uwierzyć, że osoba, która poza pracą nie widziała świata, ciągnęła po kilka etatów, teraz siedzi w domu i zajmuje się gotowaniem. Ale to, co mnie zaskoczyło w tym, co powiedziała, to to, że ja dopiero dojrzewam do czegoś, co ona dawno odkryła. Dom to oaza. Nie ma nic przyjemniejszego niż gotowanie, sprzątanie dla osób, które się kocha. Prawdziwy dom zawsze pachnie obiadem, ciastem lub świeżym chlebem. Prawdziwy dom to taki, w którym wszyscy domownicy czują się dobrze (niby banał, a o tym nie pamiętałam). Niby poeta pisał, że „dom to nie ściany”, ale ludzie – ci najbliżsi sercu. Jednak dobrze też zadbać o te ściany, by było tak, jak sobie wymarzyliśmy. Kolor ścian, tapet, firanek… (i wcale nie musi być na bogato). Uwielbiam patrzeć, jak mój mąż po powrocie do domu z pracy, przykręca gniazdka, ustawia nową szafkę na płyty i gramofon. „Robi” dom. Dotarło do mnie, że to „bycie kurą domową” otworzyło mi oczy na wiele spraw. Pewnie, praca zawodowa jest ważna i też nie wyobrażam sobie siedzieć cały czas w domu, bo po prostu potrzebny mi Więcej >

deser

Reklama nie kłamie (czasami…)

Reklama nie zawsze kłamie. Tak stwierdziłam, kiedy po raz kolejny moja zmywarka wypluła tabletkę, która nie miała ochoty się rozpuścić. Próbowałam z tymi tabletkami kilka razy i ciągle to samo, nie rozpuszczają się całkowicie. A potem oczywiście jak w reklamie naczynia niedomyte z okropnymi smugami. Kupiłam więc, z bólem oczywiście, te droższe tabletki. Z bólem, bo przecież bezrobotna jestem, a nie chcę przecież, żeby mój mąż spędzał całe dnie na polowaniu. I co? Rozpuściły się, dziady jedne, bez problemu. Żadnych smug, naczynia aż lśnią. I jak tu nie wierzyć tym durnym filmikom reklamowym?

Nie mam jeszcze odpowiedniego doświadczenia z tymi tabletkami, bo jestem dopiero debiutującą posiadaczką zmywarki.

No, ale byłam uparta i postanowiłam wbrew wcześniej wyciągniętym wnioskom, przygotować deser. Nie z paczki, nie ten z reklamy, tylko od początku do końca zrobiony własnymi rękoma. Dzisiaj będzie panna cotta. Przyrządzałam ją po raz pierwszy, bo kiedyś, jak pracowałam, to brałam ten z paczki i po sprawie. Dzisiaj miało być ambitnie. Może w końcu rodzina się zdziwi. Zagotowałam śmietankę 30% pół na pół (po szklance) z mlekiem (podobno powinno być tłuste, ale miałam tylko dwuprocentowe). Płyny w garnku wymieszałam z pół szklanki cukru. Do tego laska prawdziwej wanilii. Też pierwszy raz jej używałam. Nie Więcej >

Na co godzi się kobieta w imię miłości?

Tak jakoś na poważnie chyba dzisiaj będzie. Rzucono mi wyzwanie, by napisać o tym, na co zgadza się kobieta w imię miłości. Pierwsze moje skojarzenia oczywiście były negatywne, bo jakie mają być, kiedy temat w zasadzie je wymusza. Każda z nas zna takie przypadki, kiedy kobieta jest bita, gwałcona, poniżana, zdradzana, nękana na różne możliwe sposoby, a wciąż powtarza, że go kocha… Nie o tym jednak chciałam pisać. To przecież znamy nie tylko z życia, ale z seriali, filmów i książek. Chciałam to pytanie postawione w tytule potraktować trochę prowokacyjnie, żeby nie było jak w kronice kryminalnej. Bo czy tylko na złe rzeczy zgadzamy się z miłości? Ja dla mojego ukochanego mężczyzny zmieniłam całe życie. Wyprowadziłam się z rodzinnego miasta 300 km dalej, zostawiłam pracę, zrezygnowałam z kariery zawodowej, sprzedałam mieszkanie. Zgodziłam się na to, bo kocham, ale to niej jest też tak, że łatwo mi przyszły te decyzje, przecież miałam sporo negatywnych doświadczeń i cały czas byłam przekonana, że mężczyznom nie można ufać. Zainwestowałam swoje uczucia w kogoś (wierzę), kto na to zasługuje i nie zawiedzie mojego zaufania. Zgodziłam się być kurą domową (mam nadzieję, ze jednak chwilowo), piorę, sprzątam, gotuję, piekę i co najdziwniejsze, robię to z przyjemnością.

Co Więcej >

KOSZMAR!!!

Jeden z komentujących mój blog mężczyzn napisał, że to jakiś koszmar jest. Nie wiem za bardzo, co dokładnie miał na myśli, bo jak to mężczyzna, okazał się oszczędny w słowie. Ale ja się z nim całkowicie zgadzam. To naprawdę koszmar, kto nie spróbował, ten nie wie. Wczoraj, jak już zrobiłam te polędwiczki w rozmarynie (zdjęcie zamieszczam niżej – polędwiczki podane z brązowym ryżem i ogórkami kiszonymi – może za pięknie to nie wygląda, ale smakowało wyśmienicie), przecież nie mogłam ot tak sobie usiąść i pooglądać telewizję. A chyba  w wyobrażeniu mężczyzn tak to funkcjonuje. Co robi kobieta cały dzień w domu? Trochę w garach zamiesza, pralka sama wypierze, a odkurzacz odkurzy… A ona siedzi pewnie przed telewizorem, kawkę pije i objada się ciasteczkami. No, może i tak… Ja jednak zupełnie na poważnie traktowałam swoją misję zostania prawdziwą kurą domową, tą odmianą pracowitą, nie tą leżącą na tapczanie, bo ja z tych ambitnych jestem.

Wracając do tematu… To kiedy już zrobiłam obiad, a reszty rodziny wciąż nie było, postanowiłam umyć fugi w kuchennej terakocie. Plan ambitny, nie ma co. Oczywiście wierzyłam, że jak to zrobię, to córka i mąż oszaleją z zachwytu, że tak czysto, pięknie i pachnąco. Z entuzjazmem zabrałam się Więcej >

mój sierściuch

Po weekendzie

Dziękuję wszystkim za komentarze. Dawno się tak nie cieszyłam. Zawsze to jakiś kontakt z „prawie żywym” człowiekiem. To pogadaliśmy sobie… .

W weekend odpoczęłam od porządków domowych. W niedziele obiady gotuje zawsze mój mąż (takie mam szczęście). No, ale sobota i niedziela minęły, czas wrócić do obowiązków domowych. Pewnie to już stało się normą, że poniedziałki zaczynam od prania. Potem jakieś odkurzanie. W zasadzie nie mam ochoty dziś pisać o pracach domowych… Zdaję sobie sprawę, że nie są one ciekawe. Tak naprawdę jednak człowiek zaczyna doceniać wszystkie, jak to jedna z komentujących osób określiła, opiekunki domowego ogniska, dopiero wtedy, kiedy sam się w nią zmieni. To praca na pełny etat. Wiem już, że nie będzie to sensem mojego życia. Jednak ten rok spędzę w domu, aż do lata, więc muszę sprostać domowym obowiązkom. To tez nie jest tak, że nie ma czasu na przyjemności. Jedną z największych jest czytanie . Co prawda mam wrażenie, że moje lektury trochę oddają charakter sytuacji, w której obecnie się znajduję. We wrześniu był to jeszcze Murakami, potem już były kryminały, a obecnie romans historyczny – Lorentza „Nierządnica”. Straszny banał, choć podobno bił rekordy popularności w Niemczech. No, ale przeczytałam, uroniłam na koniec łezkę i nawet Więcej >

DSCN2573

Pierwszy dzień

Jakby kilka miesięcy wcześniej ktoś powiedział mi, że będę tzw. kurą domową, to pewnie zaśmiałabym mu się prosto w twarz. Do tej pory pracowałam na dwóch etatach, w zasadzie niewiele czasu miałam na prywatne życie. Praca była najważniejsza. Jednak od miesiąca jestem bez pracy, powoli zamieniam się w tzw. kurę domową i z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie jest to wcale takie proste. Gotuję, piekę ciasta i ciasteczka, piorę, sprzątam, prasuję, wycieram kurze… i można tak wymieniać bez końca. Żeby nie zgniuśnieć, postanowiłam założyć bloga, bo jeżeli gwiazdy filmu mogą to robić, to znaczy, że ja też mogę. Zmotywowała mnie książka – wywiad Andrusa z Czubaszek.

Dzisiaj pierwszy dzień. Mój debiut jako blogerki – kury domowej. Co zrobiłam? Najpierw wstałam po 5, żeby wyprawić córkę do szkoły. W zasadzie jest na tyle duża, że mogłaby się obyć bez mojej asysty, jednak nie mogłabym spokojnie spać, nie sprawdziwszy, czy wyszła do szkoły. Na drogę zapakowałam jej ciepłe, podpieczone o świcie bułki, sprawdziłam, czy wzięła bilet miesięczny i wróciłam do łóżka. Muszę przyznać, że pospałam dość długo, obudziłam się o 9.00. Zjadłam śniadanie, obejrzałam poranną telewizję. Żeby nie marnować czasu po śniadaniu wyprasowałam stos upranych ubrań. Potem umyłam okno, zmyłam wejście do Więcej >