Moja duma

Dzisiaj sprzątanie: pranie, odkurzanie i prasowanie. Trochę nudno. Wytarłam kurze z moich ukochanych książek, trochę to zajęło czasu. Na zdjęciach prezentuję moją dumę: książki. Wszystkich się nie dało pokazać, ale i tak wyglądają imponująco. Część jeszcze w pokoju córki. Tam są jej ulubione, których do wspólnej biblioteczki nie chciała oddać. I ja to rozumiem, bo mnie tez trudno rozstać się z książkami. Niektórzy czytają, przekazują dalej, a ja nie umiem. Nawet jak wiem, że nigdy już do danej książki nie zajrzę, to i tak ciężko mi się z nią rozstać. Może to jakaś choroba? Od jakiegoś czasu używam czytnika do książek. Nie muszę ich wtedy ustawiać na półkach, zajmują niewiele miejsca w pamięci urządzenia. Niektórzy twierdzą, że niby ono nie ma duszy, jaką mają książki, ale jest niesamowicie wygodny, szczególnie w podróży. Lekki przede wszystkim. Mieści się w damskiej torebce. W dodatku mogę mieć przy sobie zawsze kilka lub kilkadziesiąt książek. Co prawda e-booki nie są tak tanie, jak można byłoby się spodziewać, przecież nie zużywają papieru. Ostatnio jednak dowiedziałam się, że na e-booki naliczany jest większy VAT, z tego, co pamiętam, to chyba 23%, a na książki papierowe chyba 5%, więc jest duża różnica. Zapisałam się na jutro na Więcej >
drzwi 001

Malowanie

Deszcz siąpi za oknem. Znów szaro i buro, nie ma słońca. Nie mam też ochoty na spacer, choć pewnie wyjść z domu będę musiała. Wczoraj wieczorem zabrakło mi lakieru do drewna. Szlifowałam i malowałam drzwi. Były brzydkie, stare i odrapane. Mamy zamiar je wymienić, ale to będzie spora inwestycja, więc na razie muszą czekać na swoją kolej. Żeby nie straszyły, oszlifowałam je i polakierowałam bejcą w kolorze rustykalnego dębu. Wyglądają dużo lepiej. Na zdjęciu po lewej widać, jak wyglądały przed odnową, a po prawej po przemianie. Rozprawiłam się w ten sposób z trojgiem drzwi. Jestem z siebie dumna! Pomalowałam przy okazji szafkę do przedpokoju. Wcześniej był to nocny stolik u córki w pokoju. Miał nieciekawy kolor. To była polakierowana sosna, która z czasem nabrała niezbyt ładnego żółtawego koloru. Przestała też pasować do wystroju. Pomalowałam tę szafkę tak, by odcieniem pasowała do szafy na buty. Mebel, który był wcześniej szafką nocną, teraz służy jako schowek na szczotki i pasty do butów, ma wygodną wysokość, bo można na nim usiąść i nałożyć buty, nie trzeba się zbyt mocno gimnastykować. Muszę dziś dokupić lakieru do drzwi, zostały jeszcze jedne i futryny do sypialni i gabinetu. Mam jeszcze w planie pomalować drzwi na strych. Więcej >

LSTOPAD

Listopad za oknem. Zrobiło się szaro, buro, bez słońca. Nic się nie chce, chociaż pracy w domu nie ubywa. Jednak jesienna aura od czasu do czasu może usprawiedliwić lenistwo. Na targowisku kolorowe „ziemiopłody”. Powoli znikają panie z kwiatami. Nawet chryzantem co raz mniej. Jeszcze duży wybór suszek. Też ładne, można oko nacieszyć. Nie żebym od razu chciała je w domu. Jakoś tak kojarzą mi się ze śmiercią, nastrajają nostalgią. Gdzieniegdzie kolorowe plastikowe kwiaty udające żywe, czasami niesamowicie kiczowate, czasami złudnie przypominające te prawdziwe. Zakupiłam wczoraj cytrusów. Różnych: pomarańczy, kolorowych grejpfrutów, (żółte,  różowe, zielone), mandarynek w kilku rozmiarach. Będą wyciskane soki. Dużo witaminy C, by trochę uodpornić organizm i zapobiec jesiennym przeziębieniom. Podobno zawierają dużo mikroelementów i witamin zwiększających wytwarzanie białych ciałek krwi potrzebnych w walce z bakteriami i wirusami (takie mądre zdanie ostatnio wyczytałam na WP). Wyciskamy tak na śniadanko i kolację. Pychota. Mnie najbardziej smakuje: ½ pomarańczy + ½ mandarynki (żółtej, trochę większej niż tradycyjna) + ½ żółtego grejpfruta. Tak sobie z mężem popijamy, a córka jak zwykle kręci nosem. Czasami wypije, ale tylko z jednego gatunku owoców. Żadnych mieszanek! Soczek jest. Można poleniuchować. Mamy z mężem taki „nietypowy” (dla niektórych) zwyczaj, że po „Faktach” leżymy już w łóżeczkach Więcej >
smieci

Spacer

Dziś niedzielny spacer po lesie. Musiałam zrobić zdjęcia na studia na zaliczenie. Przy okazji pooddychaliśmy trochę świeżym powietrzem. Cokolwiek znaczyłoby „świeże”, dotleniliśmy się trochę. Przy okazji mogliśmy „podziwiać” leśne wysypiska śmieci. Fantazja ludzi nie ma granic. Czasami zastanawiam się, co kieruje człowiekiem, który bierze z domu worki śmieci, starą pralkę, kilka opon i wiezie to do lasu? W dodatku nie boi się, że zapłaci mandat. A może boi się? I dlatego jedzie wysypać śmieci w nielegalne miejsce, bo wtedy większa adrenalina. Przecież nie sztuka wynieść odpady do kubła, żadna atrakcja. A jak robi sobie dzikie wysypisko, to są emocje. Adrenalina skacze, bo a nuż zza krzaków wyskoczy jakiś strażnik. Może to się dzieje pod osłoną nocy? Wtedy jeszcze ciekawiej. Pracuje wyobraźnia. Słyszy się trzaskające gałęzie, odgłosy zwierząt i jest atrakcja. Jeżeli tak to się odbywa, to nawet rozumiem takiego człowieka spragnionego przygody. Przecież zwykłe wyrzucanie śmieci jest nudne, a tu, no proszę, tyle emocji. Koszty nieważne, czasami może to być droga impreza, jeżeli delikwenta złapią na procederze. Ale czego nie zrobi taki kanapowy homo sapiens, żeby poczuć trochę adrenaliny. A że wyobraźnię ma trochę ograniczoną, to robi to, co umie najlepiej, śmieci.
kwiatek 002

Dużo zajęć

Nie ma czasu na leżenie, wszystko w biegu… Spokojnie siedziałam w domku, zeskrobywałam skórkę z limonek, a tu niespodziewanie (bo za wcześnie) wrócił mąż i zarządził wyjazd na zakupy. Kilku rzeczy brakowało nam do domu. Obiecaliśmy też wcześniej kupić córce fotel-worek sako. W internecie sprawdziliśmy, gdzie to cudo można kupić i pojechaliśmy. Po drodze okazało się, że sklep przeniesiono, więc trochę jeździliśmy, a w godzinach szczytu nie jest to łatwe. Po drodze oczywiście „zahaczyliśmy” o Ikeę, bo zapomnieliśmy kupić kiedyś żabek do karniszy. Córka wybrała sobie śliczną osłonkę na doniczkę, trzeba było więc jeszcze zakupić kwiatka. Koniecznie musiał być kwitnący, bo, jak stwierdziła, tylko wtedy będzie widziała, że jeszcze żyje. Do tego mąż wybrał jakieś kolorowe pudełka do swojego pokoju, ja opakowania na buty. Nawiasem mówiąc, świetna rzecz. Włożyłam do nich buty rzadko używane, takie na szczególne okazje i schowałam do szafy. Nie będą się kurzyły. Później sklep z farbami, ponieważ muszę dzisiaj wymalować małą szafkę do przedpokoju (na pasty do butów i szczotki). Ostatecznie nie kupiliśmy fotela. Nam (mnie i mężowi) się nie podobał. To wielki wór, który zajmie ¼ pokoju. W dodatku w ogóle nie pasuje do wystroju pokoju, ale córka się upiera. Będziemy musieli zamówić przez internet, Więcej >
hallowoon 002

Halloween

Ostatnio w radiu było wiele dyskusji na temat Halloween. Szczerze mówiąc, miałam do tego dość neutralny stosunek. Celowo użyłam tutaj czasu przeszłego, bo od 30.10.2012 r. moje poglądy się zmieniły. Zostały zmodyfikowane przez wyrostków z szalikami na twarzy, którzy dzwonili do drzwi mojego domu i podejrzanym głosem krzyczeli: „Cukierki albo psikus!”. Ale od początku. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam dzwonek do drzwi, otworzyłam bardzo chętnie. Przed moimi oczami roztaczał się bardzo słodki widok. Grupa (chyba sześcioro) dzieci w wieku tak na oko od 4 do 10 lat, z twarzami umalowanymi na czarno z torebeczkami w rękach wzbudziła moją radość, bo dzieciaki wyglądały słodko. Niestety nie przygotowałam się za bardzo na dzisiejszy dzień, bo w mieście, w którym do tej pory mieszkałam, raczej nie kultywowano tego amerykańskiego zwyczaju. Przeszukałam dom. Znalazłam dużą paczkę M&M’sów, podałam dzieciakom. A one z radością krzyknęły, że się podzielą. Zanim zamknęłam drzwi, już rozpakowywały słodycze. Niestety mit słodkiego dziecka też się bezpowrotnie ulotnił, bo na drugi dzień znalazłam papierek po tychże M&M’sach w swoim żywopłocie. Potem bandy wyrostków, które zrobiły najazd na naszą spokojną uliczkę. Raz otworzyłam drzwi i kiedy zobaczyłam trzech (prawdopodobnie) gimnazjalistów z zasłoniętymi szalikami twarzami, którzy domagali się słodyczy, poczułam się dziwnie. No, Więcej >

Ciacho

Wczoraj było pracowicie. Dzisiaj powtórka. Ale po kolei. Udało mi się w końcu uszyć córce pokrowce na poduszki z materiału, który pozostał po zasłonkach. Wszyłam też w obrzeża cienką bawełnianą koronkę. Wygląda świetnie. Nawet nie myślałam, że jestem taka zdolna. A dziś zrobiliśmy spore zakupy. Nabyliśmy niedużą szafę do przedpokoju. Mój mąż już ją zdążył zamontować. Kupiliśmy też jedną szafkę do kuchni, bo zostało nam puste miejsce i aż się prosiło o zagospodarowanie, tym bardziej, że naczyń przybywa w zastraszającym tempie. Upiekłam też dwa ciacha. Jutro mamy gości. Przychodzą dorośli synkowie, więc małe co nieco się przyda. Zrobiłam tartę cytrynową na kruchym spodzie. Wypróbowałam różne przepisy, ale najlepszy jest taki: pół kostki masła, szklanka mąki i dwie łyżki wody. To wszystko zagnieść. Rozwałkowuję to na papierze do pieczenia, a pod wałek kładę folię spożywczą. Łatwo wtedy przełożyć cieniutkie ciasto na blaszkę do tarty. Nakłuwam później widelcem i piekę około 20 minut w nagrzanym piekarniku do 200 stopni. Potem robię „farsz”. 5 żółtek ucieram ze szklanką cukru, dodaję 150 ml śmietany kremówki, 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej i sok wyciśnięty z 3-4 cytryn (zależy od wielkości). Wszystko miksuję, a potem wlewam do rondelka i podgrzewam, aż zgęstnieje. Wylewam to na ciasto (jeszcze Więcej >

Powrót do domu

Trochę się opuściłam w prowadzeniu mojego bloga. Weekend spędziłam w Warszawie. Tam zaskoczyła mnie zima. Pojechałam w cienkim płaszczyku i w półbutach, nie bardzo chciałam wierzyć w prognozy pogody i miałam nauczkę. W sobotę padało od rana tak, że wieczorem studenci mogli już ulepić cztery bałwany przed akademikiem. Żałowałam, że nie miałam ze sobą aparatu fotograficznego, komórkę mam lekko przestarzałą (delikatnie mówiąc) i nie bardzo mi wyszły zdjęcia. Na pewno nie nadają się do pokazania komukolwiek. Ale cudowna była taka jesienno-zimowa aura. Gałęzie drzew kolorowe, bo przecież jeszcze liście nie opadły, a na nich biały śnieg. Niezwykłe wrażenie. Wrażeń zresztą miałam sporo. Zaczęło się od podróży. Prawie zostałam fanką PKP. Nie dość, że trasa, którą miałam jechać, jest remontowana i podróż trwa nawet około 10 godzin (a jest do przejechania około 400 km), to jeszcze nastąpiło zerwanie frakcji. Miły głos w megafonie poinformował o tym fakcie podróżnych i oznajmił, że możemy tak postać w polu około 30 minut. A tu szok. Po 17 pociąg ruszył! I jak tu nie być fanem polskich kolei? Genialni maszyniści, mechanicy i obsługa. A tu trzeba też pochwalić, że warunki w wagonach wyjątkowe. Wygodne siedzenia, czysto. Dodatkowo co chwilę oferowano kawkę i herbatkę. Pod nogami Więcej >
nutus

Przepysznie :)

Ciacho wyszło znakomite.  Wykorzystałam zapasy orzechów i jabłek. Upiekłam ciasto, którego nie robiłam pewnie z kilkanaście lat. Przypomniałam sobie o nim, przeglądając właśnie spiżarkę. Chciałam wykorzystać to, co miałam. Po co marnować produkty? Ciacho nosi niebiańską nazwę: „Placek niebo”. Przepis kiedyś wygrzebałam w jakiejś gazecie. Teraz spokojnie można znaleźć go w internecie. Nie jest trudne, choć pracochłonne. Wymaga upieczenia dwóch kruchych placków. Na pierwszy należy wyłożyć podduszone przez kilkanaście minut jabłka z 4 łyżkami cukru i sokiem wyciśniętym z połowy cytryny. Wykorzystałam około kilograma jabłek. Po wyłożeniu na kruchy spód należy masę jabłkową przykryć drugim kawałkiem ciasta. Należy też wcześniej przygotować sobie około 350 g mielonych orzechów. W przepisach jest z reguły 250, ale jak jest więcej, to lepiej, masa nie jest za rzadka. Tak przygotowane orzechy należy zalać szklanką gorącego mleka i dać im czas, by wchłonęły płyn. Potem utrzeć to z kostką masła i z cukrem pudrem (3/4 szklanki). Wyłożyć na drugi placek. Na koniec polać rozpuszczoną czekoladą. Ja do czekolady dodaję odrobinę mleka, żeby po ostygnięciu nie była twarda, ponieważ to utrudnia krojenie. Ciacho najlepsze jest po schłodzeniu, wtedy górna masa się nam nie rozpłynie. Mężowi smakowało. Ale nie tylko jemu. Mój teść był zachwycony i nawet Więcej >
obiad

Przez żołądek do serca

Sukces uczciliśmy pysznym obiadem. Zrobiłam filety z kurczaka nadziewane szpinakiem. Znalazłam jeszcze w lodówce małe opakowanie fety z ziołami i pomidorami. Nadawała się idealnie. Rozbiłam delikatnie filety z kurczaka. Na patelni podsmażyłam na maśle czosnek i szpinak. Do tego wrzuciłam fetę. Doprawiłam do smaku. Potrzymałam trochę na ogniu, żeby feta lekko się rozpuściła. A potem wyłożyłam farsz na filety, zwinęłam je w roladki i zapakowałam w folię aluminiową. Następnie ułożyłam w naczyniu żaroodpornym. Piekły się 40 minut. Były wyśmienite. Podałam je z brązowym ryżem. Dodatek warzywny to marchewka z groszkiem (dodała trochę koloru na talerzu).Mój mąż, który nie przepada za szpinakiem, zjadł ze smakiem. Był też deser. W zasadzie improwizacja z tego, co było w lodówce: jogurt naturalny jako podstawa deseru. W zamrażarce pojemniczek truskawek lub malin. Zdecydowałam się na truskawki, bo miałam galaretkę o tym samym smaku. Wykonanie bardzo proste. Truskawki zostały zmiksowane z odrobiną cukru. Galaretka rozpuszczona w niewielkiej ilości wody. Jogurt wymieszany również z niewielką ilością cukru. Do niego dodałam rozpuszczoną łyżeczkę żelatyny (chciałam, żeby się ścięło, ale nie za mocno, żeby nie było twarde). Galaretkę dodałam do zmiksowanych truskawek. A potem to już tylko zabawa z układaniem warstw. Na wierzch zrobiłam kleksiki z prawdziwej bitej śmietany, Więcej >